Logika paradoksów

Zawsze zachwycała mnie idea G.K. Chestertona, że logika chrześcijańska – w przeciwieństwie do zwykłej logiki – to logika paradoksów, łączenia przeciwieństw, które w Bogu wszystkie znajdują swoją spójnię. Chesterton przedstawiał to dwoma symbolami – logika chrześcijańska wyrażała się w znaku krzyża jako tym, który łączył linię poziomą i pionową i nadawał im nieskończoną moc, ramiona krzyża mogą wydłużać się bowiem w nieskończoność, sięgając nieba i głębin ziemi i obejmując całą rzeczywistość. Tylko logika łączenia skrajności otwiera nasz umysł na pełnię i pozwala połączyć to, co tak pozornie sprzeczne. Logika świata natomiast wyraża się w znaku koła – gdzie wszystko musi się dopełniać i wyglądać na wewnętrznie spójne i wytłumaczalne. Ale koło jest zamknięte, nie pozwala ogarnąć całej rzeczywistości i skazuje nas na wieczne kręcenie się po tych samych koleinach sądów, twierdzeń i myśli.

Kiedyś podobne twierdzenie – choć w zupełnie świeckim wydaniu – usłyszałam od mojej znajomej psycholog. Kiedy rozum opiera się na samym sobie, próbując wytłumaczyć wszystko popada ostatecznie w spiralę obłędu.

Obydwa te obrazy zachwycają mnie, nie tylko swoim pięknem, ale także głębią prawdy, która się w nich wyraża. W szczególny sposób dotyka to samej istoty wiary chrześcijańskiej, która jest właśnie złączeniem przeciwieństw i paradoksów. I nie chodzi tu o to, że te paradoksy są niedostępne dla rozumu – jak najbardziej są – ale wymagają otwarcia się, także w tym wymiarze intelektualnym, na to, że prawda leży ostatecznie w tym, co wydaje się nas przekraczać.

Do czego zmierzam? Czytałam ostatnio eseje amerykańskiego bp Roberta Barrona „Żywe paradoksy”, z których jeden szczególnie zapadł mi w pamięć.

Chrześcijaństwo nie jest religią dobrych uczynków. Paradoks? Z pewnością, bo przecież miłość, którą głosi, wyrażać ma się poprzez uczynki. Ale w tym zdaniu właśnie znajduje się słowo-klucz: poprzez. Tak, wiara ma się wyrażać poprzez uczynki, ale to nie one stanowią o jej istocie. Jak zgrabnie pisze bp Barron:

„W momencie, gdy chrześcijanie przyznają, że ostatecznym celem chrześcijaństwa jest uczynić z nas ludzi lepszych etycznie, nie będą w stanie dłużej w przekonujący sposób obronić się przed insynuacją, że jeśli jakiś inny system sprawia, że ludzie są tak samo dobrzy, albo i lepsi, to chrześcijaństwo traci raison d’etre.”

Co, jeżeli nie – nazwijmy to – bycie dobrym człowiekiem, jest w takim razie celem chrześcijaństwa? Żeby odkryć cel warto przyjrzeć się najpierw, którędy prowadzi nasza droga. A droga ta jest w takim samym stopniu najeżona paradoksami, jak jej cel.

Droga wiary jest drogą, którą najpełniej wyraża nieskończone napięcie pomiędzy wymaganiem świętości a grzesznością człowieka. Kościół nieustannie nawołuje ludzi do dążenia do świętości – jak napisał bp Barron „Zadaniem Kościoła katolickiego jest prowadzić ludzi do świętości i dawać im to, co potrzeba, by wiedli święte życie. Misją jego nie jest stwarzanie miłych ludzi czy ludzi o złotych sercach, czy ludzi o dobrych zamiarach; misją jego jest tworzenie świętych, ludzi o heroicznej cnocie. (…) Zaniżanie wymagań, ponieważ są ciężkie i większości ludzi trudno jest je spełnić, oznaczałoby pójście na kompromis co do samego znaczenia i celu istnienia Kościoła.” A zatem drogowskazami na naszej drodze są właśnie wymagania katolickiej nauki moralnej – które wielu odrzuca dziś jako zbyt ciężkie i nieprzystające do świata współczesnego. Ale – i tu właśnie napotykamy paradoks – to właśnie my grzesznicy jesteśmy do tej świętości wezwani i wraz z ekstremalnymi wymaganiami ofiarowane nam jest ekstremalne miłosierdzie. Wystarczy pójść do spowiedzi i każdy, nawet największy grzesznik, otrzyma tam całkowite rozgrzeszenie. I nasza droga wiary wyraża właśnie to napięcie – jest drogą grzesznika do świętości, na której bezustannie się upada. Dlatego ekstremalne wymagania moralne idą razem z ekstremalnym miłosierdziem – i nigdy osobno. Samo miłosierdzie bez wymagań z kolei całkowicie traci swój sens – miłosierdzie jest bowiem przebaczającym spojrzeniem Boga na człowieka, który grzeszy – jest przebaczeniem. Ale aby możliwe było przebaczenie, musi być COŚ do przebaczenia, a więc musi istnieć także grzech – wykroczenie przeciwko ekstremalnym wymaganiom, jakie stawia przed nami sam Bóg. Grzech i miłosierdzie – dwie prostopadłe linie krzyża, które ukazują swój sens tylko razem, nigdy osobno. I tak droga grzeszności i świętości są tak naprawdę jedną drogą i to one nadają dynamizm życiu duchowemu – nieustannej walce o to, by iść dalej. Grzesznik okopany we własnym grzechu, tak jak człowiek – ewangeliczny faryzeusz –  okopany we własnej świętości, nie idzie do przodu. A wiara jest drogą. I dlatego właśnie jesteśmy niejako skazani na walkę o ostateczną świętość wpośród grzechu powszedniego.

Tak samo paradoksem wiary, który nadaje jej dynamizm, pozwalający iść wciąż dalej, a nie kręcić się w kółko, jest napięcie pomiędzy pewnością Bożej obecności i niepewnością samej istoty wiary. Ten paradoks każe nam wciąż iść do przodu – szukać odpowiedzi, zmagać się z Bogiem, jednocześnie poświęcając mu całe życie. W tym życiu wciąż idziemy po omacku, a jednak wezwani jesteśmy by oddać wszystko – jak to pogodzić? Człowiek, który szuka pewności wiary by w ogóle móc wierzyć – nie uwierzy nigdy. Tylko ten, który sercem pragnie uwierzyć – będzie z niezmordowaną pewnością dążył wciąż do przodu na drodze wiary.

I w tym momencie odkrywamy gdzie znajduje się początek drogi wiary – i jednocześnie jej koniec. Początkiem wiary jest tylko i aż pragnienie. Muszę pragnąć uwierzyć, aby móc uwierzyć. Jeżeli moje serce jest zamknięte, jeżeli szukam usprawiedliwień dlaczego wiara nie ma sensu – to zawsze będę się błąkać po bezdrożach. Ale wystarczy iskra – jedno poruszenie serca, by ożywić pragnienie.

Pragnienie czego?

Pragnienie Tego, który jest samą Drogą i który jest jej Kresem. Tego, który jest Początkiem i Końcem; Tego, który już jest obecny w samym moim pragnieniu i jednocześnie Tego, który jest ostatecznym wypełnieniem owego pragnienia; Tego, którego Oblicze jest w tym życiu dla nas niedostępne i jednocześnie Tego, który ukazał nam Swą ludzką twarz.

To Bóg, Jezus Chrystus, jest celem naszej drogi wiary, On jest jedynym jej sensem. I jednocześnie On jest tym właśnie, który nas przemienia i czyni nas także lepszymi ludźmi. Ale to On – a nie dobre uczynki – jest ostatecznym celem chrześcijaństwa. Dlatego wszelkie próby uczynienia z chrześcijaństwa tylko jednej z wielu religii nigdy nie osiągną swego celu. I dlatego też wszelkie próby zaniżenia wymagań moralnych stawianych przez Kościół nie mają sensu – bo prowadzą do utraty tej dynamiki wiary, która każe nam wciąż patrzeć na Chrystusa jako tego, który wymaga od nas wszystkiego, przebaczając nam jednocześnie wszystko.

Nie mamy zatem czego się lękać.

„Wiemy, że Bóg z tymi, którzy Go miłują, współdziała we wszystkim dla ich dobra, z tymi, którzy są powołani według Jego zamysłu. Albowiem tych, których przedtem poznał, tych też przeznaczył na to, by się stali na wzór obrazu Jego Syna, aby On był pierworodnym między wielu braćmi. Tych zaś, których przeznaczył, tych też powołał, a których powołał – tych też usprawiedliwił, a których usprawiedliwił – tych też obdarzył chwałą. (…)

Ale we wszystkim tym odnosimy pełne zwycięstwo dzięki Temu, który nas umiłował. I jestem pewien, że ani śmierć, ani życie, ani aniołowie, ani Zwierzchności, ani rzeczy teraźniejsze, ani przyszłe, ani Moce, ani co jest wysoko, ani co głęboko, ani jakiekolwiek inne stworzenie nie zdoła nas odłączyć od miłości Boga, która jest w Chrystusie Jezusie, Panu naszym.” (Rz 8, 28-30; 38-39)

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s