Twarz Boga

Teraz zaś widzimy jakby w zwierciadle, niejasno; wtedy zaś zobaczymy twarzą w twarz (…) 1 Kor 13,12

Jak bardzo ułomne jest ludzkie poznanie! To piękne zdanie św. Pawła nie tylko mówi nam o nadziei, której spełnienia możemy oczekiwać – że nadejdzie dzień, gdy ujrzymy Boga twarzą w twarz – ale także mówi nam wiele o naszym życiu tu i teraz – a mianowicie że nasze obecne poznanie jest bardzo ograniczone.

Jest to problem o długiej historii – nie tylko epistemologia w filozofii od wieków zmagała się z problemem ograniczoności poznania i pytania co w ogóle w związku z tym możemy wnioskować o otaczającym nas świecie. Jest to problem także bardzo żywotny we współczesnej psychologii, gdzie już nie tyle rzeczywistość materialna, co raczej każda osoba inna niż my sami, pozostaje dla nas na zawsze zagadką, w którą mamy wysoce ograniczony wgląd.

To ten ostatni problem – poznania drugiej osoby – jest tym, co szczególnie istotne w przypadku rozważania Hymnu o miłości św. Pawła, który opisuje nam główne cechy miłości. Taka właśnie miłość, jaką opisuje św. Paweł otwiera nas na drugiego człowieka – sprawia, że stajemy się zdolni do prawdziwego duchowego spotkania z nim ponad własnymi osądami i ograniczeniami poznawczymi. Taka miłość – która nie osądza, nie zazdrości, jest cierpliwa i nie pamięta złego – jest tym, co naprawdę zmusza nas do wyzbycia się samych siebie i odrzucenia wszelkich schematów. Zamiast patrzeć na drugą osobę jakby odbitą w zwierciadle naszych własnych doświadczeń, poglądów i wyobrażeń, poprzez miłość próbujemy wciąż i wciąż na nowo spojrzeć jej w twarz, wprost, taką jaką naprawdę jest.

Nasza ludzka, ziemska miłość nigdy nie będzie doskonała. Nasze życie może być tylko walką o to, by pośród licznych upadków dążyć do tego ideału, jednak zawsze nasze spojrzenie będzie ostatecznie patrzeniem w świat odbity w zwierciadle.

I to właśnie jest przyczyną, dla której w tym życiu, nie możemy – mimo najgłębszych pragnień, pomimo poczucia, że to ostatecznie rozwiałoby wszystkie nasze wątpliwości i rozstrzygnęło wszystkie problemy – ujrzeć Boga. Nie możemy, bo ograniczoność naszego ludzkiego poznania – słabość naszej miłości – sprawia, że gdybyśmy Go nawet ujrzeli, to owo zwierciadło poznania wykrzywiłoby ten obraz tak bardzo, że moglibyśmy nawet Go odrzucić. To zrozumiałe i jednocześnie dziecinne pragnienie, żeby Bóg tak po prostu nam się ukazał i wtedy byśmy już w Niego na pewno uwierzyli, jest tak naprawdę niemożliwe do zrealizowania, właśnie dlatego, że wówczas prawdopodobnie wcale byśmy w Niego nie uwierzyli – a może gorzej: uwierzylibyśmy i odrzucilibyśmy Go jednocześnie.

Ta prosta prawda wyjaśnia także wiele zmagań na jakie napotykamy na drodze rozwoju duchowego. Na wczesnym etapie drogi wiary, człowiek najczęściej ma bardzo wiele wyobrażeń o Bogu, wynikających z własnych doświadczeń życiowych – dlatego w każdym przypadku są to bardzo indywidualne wyobrażenia. Bóg jako karzący sędzia albo odwrotnie Bóg jako pobłażliwy staruszek, a może Ktoś obojętny i zimny, całkiem odległy. Wielu psychologów chrześcijańskich (a nawet, co ciekawe, niekoniecznie chrześcijańskich) wskazuje na związek pomiędzy naszą relacją z ojcem a wyobrażeniem Boga Ojca. To z pewnością bardzo trafne spostrzeżenie, choć w gruncie rzeczy na nasze postrzeganie Boga (a także Chrystusa czy, w nieco mniejszym stopniu, Ducha Świętego) wpływa bardzo wiele życiowo ważnych dla nas relacji, które warunkują nasze schematy poznawcze.

Proces wzrostu w wierze polega w zasadniczym stopniu na wyzbywaniu się tych wyobrażeń – na wygładzaniu tafli naszego poznawczego zwierciadła. Jak to się faktycznie dokonuje?

Postaram się od tych bardziej abstrakcyjnych rozważań przejść do konkretnych przykładów. Ostatnio zaskoczyła mnie historia osoby, która będąc raczej – nazwijmy to – luźno wierząca – doznała poważnego wypadku akurat w niedzielę, kiedy powinna była być w kościele. Jakoś niespecjalnie mnie ten zbieg okoliczności poruszył, aż do momentu gdy odkryłam, że ta osoba odczytała to jako rodzaj znaku, że oto Pan Bóg w ten sposób upomina ją, że powinna chodzić do kościoła. W pierwszej chwili poczułam wewnętrzny sprzeciw – Bóg nie jest wcale takim mściwym osobnikiem, który miałby komuś symbolicznie podkładać nogę za nie pójście na mszę. Ten obraz zdecydowanie sprzeciwia się mojemu własnemu postrzeganiu Boga. A potem uderzyło mnie to, że w zasadzie nie mam prawa pozbawiać znaczenia tego wydarzenia dla tej osoby wymiaru znaku. Dla mnie takie wydarzenie raczej nie byłoby znakiem – ale to wynika z mojej własnej relacji z Chrystusem i z tego, w jaki sposób ja Go postrzegam. Mogę w jakimś stopniu sądzić, że moje wyobrażenie jest bardziej „oczyszczone” z tego typu naleciałości jak postrzeganie Go jako mściwego sędziego, niemniej ja nie jestem w żaden sposób punktem odniesienia dla relacji tego człowieka z Bogiem. On jest na tym etapie, na którym jest – i w tym momencie swojego życia spotyka się z Bogiem i postrzega Go poprzez swoje wyobrażenia. Ale w związku z tym nasunęło mi się pytanie – czy Bóg nie wchodzi właśnie w te wyobrażenia i poprzez nie także nie pragnie działać w życiu tego człowieka? Ta osoba – jak nikt na świecie – nie jest w stanie spojrzeć Bogu twarzą w twarz, ale czy Pan nie pragnie wykorzystać tych środków jakie ma – tych wyobrażeń o Nim, jakie ten człowiek żywi, by także do niego przemówić?

I tu właśnie wracam do tego, co napisałam wcześniej: Bóg nie może objawić nam się takim jakim Jest, bo nie umielibyśmy Go przyjąć poprzez nasze ograniczenia poznawcze. A zatem czy nie jest tak, że On objawia nam się – przychodzi do nas w naszym życiu –  w taki sposób w jaki gotowi jesteśmy Go w tej chwili przyjąć? Czy ta osoba, która odchodziła od wiary, poprzez własną interpretację wypadku, którego doznała i który odczytała jako znak od Boga, nie może jednak w jakimś stopniu poprzez to wydarzenie nawrócić się do Boga? To, że jej interpretacja jest tylko odbiciem Boga w krzywym zwierciadle jej schematów poznawczych nie zmienia tego, że Bóg pragnie do niej przemówić i czyni to środkami, które ona jest zdolna w tym momencie swojego życia odczytać. Do mnie osobiście takie wydarzenie by nie przemówiło w ten sposób, bo moja relacja z Bogiem, moje własne zwierciadło przez które na Niego patrzę, jest inne. Ale to nie zmienia faktu, że Bóg dla każdego z nas wybiera środki, które jesteśmy w stanie w danym momencie życia odczytać.

A co to ma do wzrostu duchowego, o którym wspomniałam wcześniej? Wzrost duchowy, czyli wzrost w miłości Boga, jest procesem wyzbywania się wyobrażeń na Jego temat. I ostatecznie tylko modlitwa, w której zmagamy się, by być całkiem na Niego otwarci, może nam pomóc się tych wyobrażeń pozbyć. Zarówno medytacja Pismem Świętym  – w której odkładamy na bok nasze własne interpretacje i racjonalizacje, a staramy się wsłuchać w słowa Pisma i w to, co one nam teraz mówią, jak i milcząca kontemplacja, czy modlitwa Jezusowa są drogami, na których możemy szukać Oblicza Pana. Są takie chwile, błyski krótsze niż ułamki sekund, kiedy Pan może pozwolić nam się ujrzeć. Chwile, w których On zdziera z Siebie maski, które my na Niego nakładamy, w których żywe Słowo przemawia do nas w milczeniu serca. Dlatego właśnie modlitwa – i to wcale nie ta, którą modlimy się najczęściej, czyli błagalna – jest po prostu relacją z Bogiem. Otwieramy się na Niego, a On przychodzi do nas takim, jakim Jest – choć wciąż nie aż tak bezpośrednio, jak pozwoli nam się ujrzeć w życiu wiecznym. Ale te momenty spotkania, tej jakże intymnej bliskości są chwilami, kiedy wieczność już teraz wkracza w nasze życie.

Modlitwa jest drogą, na której możemy rozwijać nasze życie duchowe i wzrastać. W pierwszej kolejności jest to kontemplacja czy medytacja. Co ciekawe, w bardzo wielu kulturach – w szczególności wschodnich – medytacja jest praktykowana właśnie jako droga uwolnienia się od samego siebie i własnych wyobrażeń. W tym sensie ma ona wiele wspólnego z medytacją chrześcijańską. Ale ostatecznie ma także jedną zasadniczą różnicę – o ile wschodnie techniki medytacji prowadzą do nirwany, nicości czy roztopieniu się w ogólnym, bezosobowym bycie – to medytacja chrześcijańska ukazuje nam nie bezosobowy byt, tylko ludzką twarz, która ma bardzo wyraziste rysy. To twarz Chrystusa, Tego, który jest Alfą i Omegą, początkiem i końcem, Bogiem osobowym, który obejmuje nas z miłością i który nie wchłania nas w siebie, pozbawiając nas podmiotowości. W Nim bowiem nasze prawdziwe Ja dopiero odzyskuje swój prawdziwy obraz. Bo schematy poznawcze, którym ulegamy, wykrzywiają obraz nie tylko innych ludzi, nie tylko Boga, ale także nas samych. To my sami jesteśmy bowiem pierwszymi ofiarami własnego grzechu, który oddala nas od prawdy o nas samych. To On jest początkiem i kresem chrześcijańskiej medytacji. I na tym polega największy chyba paradoks naszej wiary – choć nie możemy w tym życiu ujrzeć oblicza Boga, to On sam nam ją już ukazał. Tylko czy mamy odwagę spojrzeć w tę twarz? Dostrzec rysy? I spojrzeć na rany, które czynią Jego oblicze tak pięknym i strasznym jednocześnie?

Jest jeszcze inny rodzaj modlitwy, który pomaga nam wyzbyć się fałszywych wyobrażeń o Bogu, a jest to modlitwa uwielbienia i dziękczynienia. Owe fałszywe wyobrażenia o Bogu najczęściej przejawiają się fałszywymi interpretacjami rzeczywistości, przez którą działa Bóg – jak w przypadku z człowiekiem, który uległ wypadkowi i uznał to za działanie Boże. Modlitwa, w której dziękujemy Bogu za wszystko – także za takie trudne wydarzenia – sprawia, że uwalniamy się od owych interpretacji, a tym samym pozbywamy się fałszywych wyobrażeń. Skoro dziękuję za trudne wydarzenia – wielokrotnie także wbrew swoim emocjom, bo dziękowanie za cierpienie jest czymś niemal wbrew naturze, to nie mogę jednocześnie interpretować ich w myśl, że oto w ten sposób Bóg mnie karze, czy w jakiś sposób poucza. Skoro wszystko – nawet to, co trudne – jest objawieniem miłości Boga, to ja muszę wznieść się ponad własne postrzeganie, ponad własne techniki racjonalizowania i interpretowania wydarzeń i choćby wbrew sobie, dostrzec w nich odwieczną miłość. To jest trudna droga – chyba nawet o wiele trudniejsza od drogi kontemplacji – na której poprzez dziękczynienie, wyrywamy się z naszych schematów postrzegania Boga i wznosimy wzwyż. To droga, na której – metaforycznie rzecz ujmując, próbujemy wręcz siłą rozbić zwierciadło naszej duszy i spojrzeć wprost w twarz cierpiącego Chrystusa.

2 uwagi do wpisu “Twarz Boga

  1. Pingback: W ogniu | TU I TERAZ

  2. Pingback: W ogniu | PIUM.pl

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s