Budując

Nareszcie, kolejny etap za nami. Złożyliśmy już wniosek o pozwolenie na budowę i po odczekaniu odpowiedniego czasu (który i tak będzie całkiem pracowity), będziemy mogli ruszyć z budową. Jako że budujemy dom drewniany, będziemy mogli rozpocząć prace już zimą.

Niesamowite jak życie nabiera tempa  w takich sytuacjach. Dlaczego jednak o tym piszę na blogu? Budowa domu nie podchodzi specjalnie pod tematy, które zwykłam tutaj poruszać. Niby tak. Ale zarazem oddzielanie duchowości od życia codziennego jest podziałem sztucznym – wszystko co przeżywamy powinno nas przecież prowadzić do Boga, a tym bardziej tak ważne sfery naszego życia. Ale w gruncie rzeczy nie zamierzam się teraz zagłębiać w to, jak bardzo silnie odczuwam Boże działanie w naszym życiu w wydarzeniach ostatnich miesięcy. Interesuje mnie to, w jaki sposób doszliśmy do punktu, w którym jesteśmy obecnie na naszej duchowej drodze – a budowa domu jest tutaj tylko bardzo symbolicznym znakiem.

Pomijając pierwsze lata naszego małżeństwa – pełną entuzjazmu i poczucia własnej nieograniczoności młodość – byliśmy pełni planów i nadziei na ich spełnienie. A potem nastał w naszym wspólnym życiu czas różnorakich zmagań, w którym zderzyliśmy się nagle z naszymi ograniczeniami – choć przeżywaliśmy to w gruncie rzeczy jednocześnie, a zarazem w jedności, to będę dalej pisała raczej w odniesieniu do siebie samej.

Ja miałam bardzo trudne i silne uczucia związane z moim macierzyństwem. Nagle odkryłam, że nie umiem być taką matką, jaką bym pragnęła; że choć pragnę dla moich dzieci jak najlepiej, to zawodzę je częściej niż jestem w stanie to sama znieść. Jak można się pogodzić z takim uczuciem wewnętrznej porażki, niezdolności do bycia dla kogoś kochanego ideałem? Właśniem, wszelkie moje ideały zdawały się znikać w sferze nierealnych marzeń. Ale także w odniesieniu do poza-macierzyńskich sfer życia tj. zawodowej, mieszkaniowej, towarzyskiej, wspólnotowej miałam różne wątpliwości i poczucie, że nie jest tak jakbym chciała i że – co gorsza – nie mam za bardzo na to wpływu. Takie przynajmniej było moje przeświadczenie, wynikające z faktu, że różne próby zmiany sytuacji nie odnosiły zbytniego powodzenia.

I całkiem nagle odnajduję siebie (właściwie razem się odnajdujemy) w zupełnie odmiennej sytuacji! Nie tylko, że mamy teraz w naszym życiu poczucie dużej sprawczości, to jeszcze większość wymienionych przeze mnie sfer życia zaczęła nam się bardzo dobrze układać. I powstaje wobec tego zasadnicze pytanie: co w takim razie wpłynęło na taką zmianę? Zwłaszcza, że wcześniej wydawało się, że taka zmiana jest po prostu niemożliwa do osiągnięcia?

Możemy oczywiście powiedzieć, że jest to po prostu łaska Boża – co oczywiście jest prawdą. Niemniej według mnie łaska zawsze buduje na naturze i w tym sensie nic nie dzieje się samo z siebie, ale jest efektem procesów, które w swej istocie są całkiem naturalne. I im głębiej rozważam ten problem, tym bardziej dostrzegam jak nasza obecna sytuacja jest wynikiem wyzwalania się z różnych wewnętrznych ograniczeń – i to przede wszystkim psychicznych.

To, co wydaje mi się tutaj najbardziej podstawowe – nie wiem czy najważniejsze, ale na pewno najbardziej pierwotne – to wyzwolenie się spod wpływu przeszłości – zarówno wspomnień, jak i, powiedzmy sobie szczerze, ludzi, którzy naszą przeszłość współtworzyli. I nie chodzi tu o odcięcie się – każde odcięcie się jest raczej formą wyparcia, a nie uwolnienia i prędzej czy później i tak do nas wróci. Chodzi o wyzwolenie się, które tak naprawdę jest pogodzeniem się ze swoją przeszłością, a wręcz, można powiedzieć, jest pokochaniem jej. Pisałam ostatnio w poście By nasycić życia głód o dziękczynieniu Bogu za wszystko, czego się doświadcza i o tym, jak takie dziękczynienie pozwala nam spojrzeć na to, jak wszystko w naszym życiu może być odczytane jako dar – także to, co było trudne. Takie spojrzenie jest niezwykle wyzwalające. Przestajemy wówczas być niewolnikami żalu, poczucia straty, nieprzebaczenia czy goryczy.

I ja też, w wyniku zarówno dość aktywnej pracy nad sobą jak i różnych wydarzeń, które uświadomiły mi, że przeszłość jest po prostu przeszłością i niczym więcej, i wszelkie oczekiwania, że coś, co było dobre, uda się jeszcze ożywić, a to, co było trudne, po prostu jakoś magicznie zniknie i nie będzie miało już na mnie wpływu, są po prostu bezsensowne. Mam obecnie silne uczucie tego, że nareszcie pogodziłam się z przeszłością (a może kryje się w niej coś jeszcze o czym nie wiem? – to zawsze może pozostać zagadką) i umiem się nią po prostu cieszyć – bez poczucia straty z jednej strony, a z drugiej bez żalu i pretensji wobec ludzi, którzy mnie zranili. Dziękuję Panu za wszystko, co mnie w życiu spotkało. To daje mi duże poczucie wolności. Nagle czuję się po prostu jakoś wewnętrznie zintegrowana – przeszłość jest już w pewnym sensie częścią mnie, a nie przedmiotem walki i zmagania. To słowo – zintegrowanie – wydaje mi się być kluczem. Zintegrowanie przeszłości w sobie – zaakceptowanie jej i uznanie za część siebie – jest najważniejszym krokiem w integracji własnej osobowości. Dopóki nie pogodzę się z przeszłością – także z obrazem siebie z przeszłości – nie mogę w ogóle mówić o tym, że moja osobowość jest w pełni zintegrowana, a tym samym po prostu dojrzała.

Są różne metody pracy nad sobą i swoją przeszłością, które pozwalają dojść do tego momentu wewnętrznej integracji. Jedną z nich jest z pewnością psychoterapia, ale wbrew pozorom wcale nie jedyną. Dla mnie osoboście relacja z Bogiem stała się tym, co uwolniło mnie od przeszłości. Nie piszę, że to wiara jest tym, co mnie wyzwoliło, bo mam poczucie, że wiara w powszechnej świadomości jest zbyt często spłycana do – w najgorszym razie – zestawu praktyk religijnych, a w nieco lepszym – do po prostu pewnego przeświadczenia, że istnieje Ktoś taki, jak Bóg. Wiara jednak w ujęciu ewangelicznym jest rzeczywistością dynamiczną, opartą na żywej, pełnej wewnętrznego napięcia relacji z Bogiem, który Jest i który działa i daje nam się poznać w naszym własnym życiu. Wejście w dynamizm tej relacji ma szansę dopiero rzeczywiście odmienić człowieka duchowo. Dopóki postrzegam wiarę tylko w postaci jednokierunkowej Ja – > Bóg , to w gruncie rzeczy nie otwieram się wcale na możliwość, że Bóg może przemienić mnie, jak to się dzieje w przypadku gdy wchodzimy w prawdziwie głęboką relację Ja <-> Bóg.

Drugim zasadniczym punktem, który pozwala wyzwolić się od wewnętrznych ograniczeń jest – w opozycji do pracy nad przeszłością – uwolnienie się od lęku przed przyszłością. Tutaj też nawiążę do czegoś, o czym pisałam już w poście By nasycić życia głód (który chyba był głównym przyczynkiem do moich obecnych rozważań). Pisałam tam mianowicie o tym, że życie przeżyte w Bogu nie może być nigdy przegrane; że każdy wybór ostatecznie jest wyborem dobrym, o ile idziemy przez życie z Bogiem – pisałam o tym, na kanwie przemyśleń o filmie Uczta Babette, teraz już nie mam tu miejsca na powracanie do tamtych wniosków. Wrócę tylko do jednego wątku – to właśnie dziękczynienie jest tym, co pozwala nam dostrzec dobro i piękno naszego życia w każdych jego okolicznościach i dostrzec tę niesłychaną prawdę: w Bogu wszystko pozostaje wieczne – także to, co wydaje się takie ludzkie i przyziemne – a więc w Bogu nie istnieje strata, porażka czy przegrana i tym samym moje życie w Bogu też uzyskuje ten wymiar pełni. Bóg jest z nami we wszystkich wydarzeniach naszego życia i we wszystkich naszych wyborach. Pełne przyjęcie wewnętrzne tej prawdy – nie tylko w aspekcie intelektualnym – ale właśnie zintegrowanie jest w sobie, może wyzwolić nas od lęku przed przyszłością. Skoro Bóg jest ze mną, to mnie nie opuści. Mogę w ludzkim pojęciu popełniać błędy, dokonywać niewłaściwych wyborów, ale Bóg dalej będzie ze mną i będzie przemieniać moje życie, choćbym i nawet w ludzkim rozumieniu doznała klęski. To akt dziękczynienia za moje życie – za jego przeszłość – pozwala mi z jednej strony uwolnić się od żalu za przeszłością i tym, jaka mogła ona być, a z drugiej prowadzi mnie właśnie do zaufania, że przyszłość mi wcale nie zagraża i tym samym mogę być wolna od lęku.

Właśnie to wyzwolenie – od przeszłości i od przyszłości – prowadzi mnie do bycia w teraz. Przeszłość jest częścią mnie, przyszłość mi nie zagraża, a zatem mogę być prawdziwie obecna tu, gdzie jestem i zmieniać rzeczywistość, taką, jaką ona jest w tej chwili. Mogę nareszcie budować, odrzucając stare kamienie, bez lęku o to, że dom, który buduję, zawali mi się na głowę. Mogę tworzyć swoją rzeczywistość i mieć poczucie sprawczości i panowania nad tym, co robię. Daje to niezwykłą moc – nie tylko do podejmowania różnorakich działań, jak i do nieustającej przemiany wewnętrznej. Dlaczego? Bo dla przykładu choć, dawniej byłam sfrustrowana tym, że nie umiem być taką matką, jaką bym pragnęła, to teraz – będąc wolną od błędów przeszłości, wiem, że każdy dzień zaczynam na nowo i nie muszę się lękać, że dziś mi się nie uda. Każda sytuacja jest nowa i mogę kształtować siebie na nowo, nie zdeterminowana tym, że jestem taka czy owaka. Przestałam też lękać się przyszłości – że moje dzieci będą miały do mnie żal i że mi nigdy nie przebaczą. Skoro ja jestem zdolna do przebaczenia, to mogę ufać, że moje dzieci też będą do niego zdolne. I wreszcie, skoro moje serce napełnione jest dziękczynieniem za życie, które przecież nie było nigdy idealne, uwalniam się ostatecznie od własnych, sztucznych ideałów i mogę zaakceptować rzeczywistość – i, co najważniejsze, siebie samą! – taką jaką jest, bez stawiania rzeczywistości (i sobie) nierealnych wymagań. Nie muszę być zatem matką doskonałą. Najważniejsze, że cały czas się staram i pragnę być dobrą matką. I kiedy już nareszcie porzuciłam ideały, to przestałam się spalać na, w gruncie rzeczy, egoistycznych próbach udoskonalenia samej siebie. Teraz mi wystarczy, że staram się być dla moich dzieci dobra – i mam do tego dużo więcej energii i chęci niż dawniej i mam też poczucie, że dużo lepiej mi to wychodzi.

To wyzwolenie się od ograniczeń, poczucie wewnętrznej integracji, braku lęku, możliwość skupienia się na działaniu i wewnętrznej sprawczości – to wszystko jest łaską Boga, ale niewątpliwie wymaga pracy wewnętrznej, a w modlitwie przyjęcia postawy dziękczynienia. Nie uwalnia to oczywiście od wszystkich życiowych problemów. Mam też wrażenie, że jest jeszcze wiele kamieni, kryjących się na drodze mojego życia, których wcale nie odkryłam i nie wiem jak często przyjdzie mi się jeszcze o nie potykać. Ale jakoś się już tego nie obawiam. Z każdego upadku można się podnieść i mimo tego, że w naturalny sposób nieraz lęki i wątpliwości powracają – taka jest wszak ludzka natura – to w głębi serca wiem, że życie z Bogiem nigdy nie może być przegrane i że w Nim jest pełnia mojego szczęścia. Czasem ta prawda wciąż będzie nikła za horyzontem trudnych wydarzeń, ale mogę wciąż zwracać swe oczy na Chrystusa, by mieć ufność, że On jest ze mną.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s