O Bogu żywym

W erze wszechobecnego pluralizmu i tolerancji wobec rozmaitych opcji światopoglądowych, wiele osób zadaje sobie w sumie dość uzasadnione pytanie o to, dlaczego religia chrześcijańska miałaby być w jakikolwiek sposób wyróżniona spośród innych. Powszechne stało się myślenie, wedle którego religie są różnymi drogami do Boga i jako takie są równouprawnione i nie nam jest sądzić, która z nich jest właściwsza. Zatem jeżeli deklarujemy się jako chrześcijanie, to przede wszystkim dlatego, że wyrośliśmy w takim kręgu kulturowym i nie możemy twierdzić, że nasza religia w jakikolwiek sposób wyróżnia się spośród innych.

Może sądzicie, że chcę teraz obalić powyższe twierdzenia. Otóż nie do końca. Bo jak w większości takich twierdzeń światopoglądowych jest tu sporo prawdy. Ale też sporo nieuzasadnionych wniosków, które miałyby z tych prawd wynikać.

Uważam, że prawdą jest to, że religie są drogami człowieka do Boga i jako takie trudne je oceniać pod kątem tego, która miałaby być właściwsza. Faktem też jest to, że wyrośliśmy w większości w chrześcijańskim kręgu kulturowym i wiele z nas definiuje się jako chrześcijanie tylko z tego powodu.

Dlaczego zatem wynika z tego całkiem nieuzasadniony wniosek, że chrześcijaństwo nie wyróżnia się spoza innych religii?

Otóż chrześcijaństwo to nie tylko religia. To przede wszystkim wiara, a utożsamianie wiary i religii nie jest uprawnione. I nie chodzi o wiarę rozumianą jako akt człowieka, który zakłada istnienie boga, co do którego nie ma dowodów. W ramach tej definicji wiara jest jedynie uwewnętrznionym aktem religijnym. Wiara w rozumieniu chrześcijańskim jest relacją człowieka z Bogiem i chrześcijaństwo jako jedyne ukazuje nam Boga osobowego, żywego z którym możemy nawiązać relację osobową. Inne religie zawsze zakładają jednokierunkowość drogi – poprzez obrzędy zwracamy się do jakiegoś boga, ale nie możemy oczekiwać, że jest to relacja dwustronna. Chrześcijaństwo zaś głosi Boga, który stał się człowiekiem, umarł i zmartwychwstał – przyszedł do nas sam i pozwala nam się nie tylko zwracać do siebie, ale obiecuje nam udział w Swoim Życiu i w Swoim Duchu. Wiara chrześcijańska musi być wiarą żywą, bo inaczej nie istnieje. Dlatego istotą naszej wiary jest Chrystus, Bóg żywy i osobowy, który zwraca się do nas nieustannie i pragnie naszej wzajemności. Bez wiary w Chrystusa zmartwychwstałego nie istnieje chrześcijaństwo. Karkołomne próby uczynienia z Jezusa zwykłego nauczyciela ludzkości, są tak naprawdę pozbawieniem chrześcijaństwa jego istoty – są tak naprawdę próbą pozbawienia go Ducha Świętego, który jako Bóg ciągle jest w Kościele obecny. Chrześcijaństwo bez Chrystusa zmartwychwstałego rzeczywiście staje się tylko religią, i to jedną z wielu. To rozróżnienie pomiędzy wiarą a religią, pomiędzy obrzędowością religii a życiem wiary nie jest tylko kwestią subiektywnego doświadczenia. Żadna inna religia nie głosi żywego Boga, który przychodzi do człowieka – tutaj wystarczy prześledzić doktryny innych religii, by się o tym przekonać. Oczywiście dla wielu chrześcijan, którzy najczęściej definiują się jako tacy tylko z tego powodu, że wyrośli w naszym kręgu kulturowym, pozostaje ogromnym problemem, co to tak naprawdę oznacza – żywa wiara w osobowego Boga, relacja, w której jako człowiek mogę domagać się obecności Boga w moim życiu – i to dlatego, że On sam mi to obiecał.

Nie ma na to żadnej prostej odpowiedzi. Poza jedną. Do tego byśmy mogli cały czas szukać żywej relacji z Bogiem, została nam dana właśnie religia – jako środek, nie cel sam w sobie. To wiara jest naszym celem, religia zaś, rozumiana jako zbiór zasad i obrzędów, jest naszą drogą. Kiedyś w tekście Czasy nieświadomości pisałam o tym, że religie są drogami człowieka do Boga, a wiara jest drogą, na której Bóg przyszedł do człowieka – i ta metafora pozwala nam dojrzeć, że wiara rzeczywiście jest momentem spotkania, jest wejściem w relację z Bogiem, który sam przychodzi do nas. Tylko chrześcijaństwo ukazuje nam właśnie takiego Boga i daje nam środki byśmy mogli go szukać.

I tutaj dochodzimy do kolejnego istotnego punktu, który dla wielu ludzi jest wątpliwy. Twierdzą oni, że mogą wyznawać wiarę w Boga bez udziału religii (czyli mówiąc wprost Kościoła). Dlaczego jednak to właśnie religia jest tą drogą, którą musimy podążać, jeżeli chcemy żyć w relacji z Bogiem? Dlaczego jako chrześcijanie ciągle upieramy się, że Boga należy szukać właśnie w Kościele?

Myślę, że dobrym porównianiem jest tutaj małżeństwo. Istotą małżeństwa jest niewątplwie relacja z małżonkiem – bez niej, bez miłości, która ją konstytuuje, małżeństwo jest oczywiście fikcją, choć na papierze może istnieć dalej. Tak samo istotą chrześcijaństwa jest wiara jako relacja miłości z Bogiem.

Ale myślę, że wszyscy małżonkowie przyznają, że sama miłość małżeńska ostatecznie nie wystarczy, jeżeli brak jej zarówno zasad – jak wierność czy uczciwość – ale także jeżeli małżonkowie zwyczajnie nie dbają o tę relację. Jeżeli brak zwykłej szczerej rozmowy, czasu spędzanego tylko we dwoje, jeżeli brak odrobiny śmiechu albo wysprzątanego domu, jeżeli brak kwiatów bez okazji i pocałunków na dobranoc – jeżeli brak tych drobiazgów i spraw podstawowych, które same w sobie nie są istotą relacji, ale które są nieraz świadectwem troski i dbałości o nią, to prędzej czy później żal i gorycz zacznie niszczyć także samą relację.

I tak samo – identycznie wręcz – jest z wiarą chrześcijańską. Brak zasad moralnych, albo ich wybiórcze stosowanie, niszczy wiarę równie szybko jak zdrada niszczy małżeństwo. Ale brak obrzędowości, które daje nam religia również prowadzi do erozji wiary – tak jak brak pocałunku na dobranoc i chwili codziennej rozmowy niszczy małżeństwo, tak brak modlitwy czy udziału we Mszy Św. ostatecznie doprowadzi do zaniku wiary.

Pozostaje jeszcze pytanie czy mogę wyznawać wiarę w Boga, tworząc jednocześnie własny rodzaj obrzędowości, odmiennej od tej, jaką proponuje nam Kościół. A odpowiedź jest taka, że lepiej pozostać przy tym, co ludzka mądrość wypracowała przez dwa tysiące lat. Obrzędowość ta też podlegała oczywiście w tym czasie różnym zmianom, stając się coraz bardziej bliska człowiekowi i dla niego czytelna, cały czas jednak starając się jak najlepiej wyraziź uczuciowość ludzkiej zbiorowości wobec Boga. W gruncie rzeczy tutaj też można poczynić analogię z małżeństwem. Sposoby dbałości o relację małżeńską – jak również same obrzędy zawierania związku małżeńskiego – oczywiście na przestrzeni wieków podlegały zmianom, ale jednak ich podstawowe formy pozostają takie same, i to często także w bardzo różnych kulturach. Gdybym ja, jako żona, nagle uznała, że chcę mojemu mężowi okazać miłość w ten sposób, że wybiorę się w podróż na Księżyc, żeby mu udowodnić jak bardzo go kocham, on jednak miałby prawo to opacznie zrozumieć. To pokazuje, że troska o relację nie może podlegać mojemu widzimisię, ale musi przybierać określone formy, które są czytelne dla drugiej strony. I mimo, że Bóg – inaczej niż małżonek – w swej wszechwiedzy, dostrzega także intencje, to jednak miła jest mu pokora, która potrafi przyjąć formy, które są nam przekazane przez poprzednie pokolenia. Nieustanne szukanie własnych dróg i własnej obrzędowości, jako potencjalnie lepszych od innych, nie jest tak naprawdę szczerym poszukiwaniem Boga, ale wyrazem własnego ego. Tak jak wyprawa na Księżyc niekoniecznie byłaby podyktowana tylko i wyłącznie miłością małżeńską.

Poszukujmy więc Boga żywego. On sam przyszedł do nas.

 

 

 

 

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s