Potrzebuję Jego śmierci

Zaskakuje mnie ten Wielki Post. Przyznam, że z różnych osobistych powodów jest on dla mnie jednym z najtrudniejszych w ostatnich latach. Miesiąc temu miałam nadzieję, że czas ten przyniesie rozwiązanie różnych trudności, a stało się wręcz odwrotnie.

Dlaczego? To pytanie i żal, który za nim stał zaczęło ze mnie wypływać w modlitwie. Trudno tak wprost się przyznać do tego, że ma się żal do Pana Boga, a jednak w pewnym sensie tak to przeżywałam.

W gruncie rzeczy dysonans, jaki odczuwałam w momentach, gdy miałam poczucie, że Bóg dopuszcza do tego, że doświadczam różnych trudności, często przekuwałam w myślenie typu: to jest mi potrzebne, żebym stała się lepsza; to cierpienie sprawia, że zbliżam się do Boga. A przecież, o to w życiu chodzi, żeby być jak najbliżej Boga.

I nie chcę teraz twierdzić, że takie myślenie jest bez sensu, ale w mojej obecnej sytuacji doświadczam tego, że takie racjonalizowanie cierpienia też prowadzi na manowce. Bo tym razem poczułam, że mam już dość, że moje siły są na wyczerpaniu, że już więcej nie chcę. Pojawiło się we mnie dziecinne pragnienie, żeby Bóg, jak dobry Ojciec, zawsze gotów rzucić się dziecku na pomoc, po prostu mnie z tego wszystkiego wyratował. Jeżeli kocha mnie bezwarunkowo, dlaczego wciąż domaga się, bym stawała się lepsza? Dlaczego mam stawać się lepsza przez cierpienie, a nie mogę po prostu być dzieckiem, od którego nic się nie wymaga?

Problem w tym, że we wszystkim co się teraz wokół mnie dzieje, widzę wiele własnego grzechu, własnego egoizmu, troski przede wszystkim o własny interes. A przecież wcale tego nie chcę. Chcę być blisko Ciebie, Boże, tak po prostu. Nie chcę grzechu, a jednak ten grzech, jak ściana mnie od Ciebie oddziela i wszystkie trudności, których doświadczam tak naprawdę tylko obnażają moją słabość. Chciałabym, żebyś mnie wziął jak małe dziecko w ramiona i przytulił i wyzwolił z mojej własnej nicości i obdarzył pełnią radości, wolnej od cierpienia. Pragnę kochać Cię, Panie, nie oczekując nic w zamian.

I chyba teraz dopiero dochodzi do mnie zrozumienie jak bardzo potrzebuję zbawienia. Potrzebuję zbawienia, wyzwolenia od mojej winy, mojego grzechu i słabości. Ciągłe myślenie o tym, jak to sama, przyjmując cierpienie, pokonuję własną słabość, jest tak naprawdę pychą. Nie jestem w stanie pokonać własnego grzechu. Przyjmowanie cierpienia z miłości do Boga oczywiście uświęca, ale ostatecznie i tak musi skończyć się uznaniem, że choćbym nie wiem jak cierpiała, nie uświęcę siebie samej. Potrzebuję zostać zbawiona przez śmierć Chrystusa. Zrozumiałam, że po prostu potrzebuję Jego śmierci. Już nie chcę więcej uświęcać się sama. Potrzebuję przyjąć tę ofiarę. Dopiero wtedy będę mogła wraz z Chrystusem zmartwychwstać.

Panie, pragnę być przy Tobie dzieckiem. Pragnę byś wziął mój ciężar na Swoje ramiona i mnie wyzwolił.

 

 

2 uwagi do wpisu “Potrzebuję Jego śmierci

  1. Ciekawe jest to, jak bardzo to Twoje, a jak bardzo tego potrzebowałam. Akurat dziś i w najbliższych dniach. Właśnie tego o Panu Zbawicielu. Mam z Michałem mówić młodym, szykującym się do bierzmowania o Zbawicielu właśnie. Niesamowite, jak Bóg działa w nas razem i w każdym z osobna.

    Polubione przez 1 osoba

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s