Terror tolerancji

Dawno temu napisałam post Być sobą. Prawda, która wyzwala. Wróciłam sobie do niego niedawno i zaskoczyło mnie to, jak bardzo jest on dla mnie obecnie aktualny. Dlaczego? Bo im głębiej w las, tym więcej drzew. Im głebiej wchodzę w relacje z różnymi ludźmi, tym bardziej muszę się samookreślić, a więc także stanąć w prawdzie wobec samej siebie.

To ładnie brzmi, ale jak to rzeczywiście działa w realnym życiu? Co to tak naprawdę znaczy? Dużo ostatnio na ten temat myślałam w kontekście relacji z moim szwagrem, bardzo dobrej zresztą.

Pamiętam, że na początku naszej relacji, dużo go słuchałam. Szwagier mój lubi dużo mówić, i to niejednokrotnie kontrowersyjne rzeczy. Nie ze wszystkim się zgadzałam, ale wychodziłam z założenia, że lepiej nie kwestionować jego twierdzeń, gdyż najważniejsza jest dobra relacja. Jednak z biegiem lat, odkrywałam w sobie coraz większą niezgodę na różne jego stwierdzenia i zaczęłam się z nim konfrontować. Na początku go to zaskoczyło – nie był przyzwyczajony do tego, że wyrażam swoje zdanie. Do tej pory zdarza się, że sprzeczamy się na różne tematy, ale co najpiękniejsze i fascynujące zarazem, często potem dochodzimy do wniosku, że w tym, co mówi to drugie z nas jest wiele racji. Dzięki relacji ze szwagrem odkryłam w bardzo wyraźny sposób jak ważne jest to, bym naprawdę była sobą. Bo choć kiedyś nasza relacja zdawała się być bardziej pokojowa, to dopiero teraz jest oparta o prawdę i tak naprawdę stała się o wiele bardziej rozwijająca i dla mnie, i dla niego.

Im luźniejsza jest relacja z drugim człowiekiem, tym mniej jest płaszczyzn, na których potencjalnie możemy popaść w konflikt. Choć nie do końca – płaszczyzn może być dużo, ale w przypadku – nazwijmy to – luźnych relacji, raczej unika się trudnych tematów, ślizgamy się wówczas po, tak zwanej, powierzchni. Im lepiej się poznajemy, im jesteśmy bliżej, tym bardziej zaczyna nam zależeć na tym, by druga osoba nas znała – by przyjęła nas, takimi jakimi naprawdę jesteśmy. Wymaga to odsłonięcia się, ujawnienia prawdy o sobie, otwarcia się także na tych płaszczyznach, na których się różnimy.

Pozostawię na razie z boku problem tego, na ile człowiek sam wobec siebie staje w prawdzie – kim jest, jaki jest itd. Pisałam już o tym we wspomnianym poście. Problemem pozostaje natomiast to, na ile jesteśmy w stanie samookreślić się w relacji z drugim człowiekiem. Zależy to od wielu czynników, w tym od tego na ile jesteśmy pewni naszych  własnych wartości, poglądów czy po prostu życiowych wyborów. Jeżeli nie jesteśmy ich pewni, będziemy mniej chętni do ich otwartego wyrażania, albo będziemy ciągle wyrażać niepewność wobec drugiej osoby. Jednak o ile jesteśmy ich pewni, to pytanie jeszcze na ile ufamy drugiemu człowiekowi, że będzie skłonny te nasze wybory zaakceptować.

I tu pojawia się problem. Mam wrażenie, że współczesna kultura, która promuje ideę tolerancji, ale pojętej według mnie w sposób całkowicie wypaczony, zrównuje różnorakie poglądy, religie itp. nie tylko na takiej zasadzie, że każdy ma prawo do swojego wyboru – bo co tu dużo mówić, każdy ma prawo do swojego wyboru, ale do tego stopnia, że nikt inny nie ma prawa być pewny swojego wyboru. Otóż gdy ja jestem pewna swojego wyboru – mam pełne przekonanie co do wartości, które wyznaję, co do drogi, którą podążam, to w jakiś sposób stanowię zagrożenie dla wolności drugiej osoby. Według zasad współczesnej tolerancji nie powinnam uważać jakichkolwiek wyborów za lepsze od innych, bo w ten sposób uważam się za kogoś lepszego i wynoszę się. I tutaj pojawia się kilka problemów, które postaram się streścić.

W tej sytuacji jak ja mam w ogóle dokonywać jakichkolwiek wyborów, jeżeli wszystkie wybory mają być z zasady zrównane? Prowadzi to do maksymalnej subiektywizacji, według której każdy wybiera swoją własną „teorię wszystkiego” (pisałam o tym w poście Czasy nieświadomości), która jest właśnie dla niego dobra. Tylko przy tak skrajnie posuniętej subiektywizacji rzeczywistości jakiekolwiek porozumienie między ludźmi staje się niemożliwe – po prostu nie istnieje obiektywna płaszczyzna porozumienia, nawet przy założeniu dobrej woli obydwu stron.

Problem według mnie polega na tym, że to, że ja dokonuję jakiegoś wyboru i uważam ten wybór za słuszny, nie jest w jakikolwiek sposób ocenianiem drugiego człowieka jako osoby. Nawet jeżeli sądzę, że druga osoba popełnia błąd, to nie znaczy, że uważam ją za gorszą.

I tu wychodzi różnica pomiędzy toleracją a miłością. Tolerancja jest takim ślizganiem się po powierzchni. Tolerancja, czyli tolerowanie, jest tylko pobieżnym uznaniem powszechnego prawa do różnych wyborów. Terror tolerancji polega na tym, że powszechne prawo do własnego wyboru staje się nadrzędne wobec istoty tego wyboru. Miłość w pojęciu chrześcijańskim polega na dostrzeżeniu istoty wyboru, na spojrzeniu w głąb – na ocenieniu, tak, ocenieniu, na ile dany wybór prowadzi człowieka w dobrym kierunku, do prawdziwego rozwoju. Ocenieniu wyboru, ale nie człowieka. Miłość polega także na uznaniu, że każdy ma prawo popełnić błąd, tak samo ten drugi człowiek jak i ja sama. Miłość ostatecznie polega na tym, że pragnie się dobra drugiego człowieka – także w tym, aby druga osoba dokonała dobrego wyboru, a więc także by zawróciła ze złej drogi.

I tu pojawia się najtrudniejszy problem. Na ile mam prawo twierdzić, że mój wybór jest dobry? Czy samo twierdzenie, że mój wybór jest słuszny jest wynoszeniem się wobec drugiej osoby?

Rzeczywiście, tak istotnie może być. Jest wiele pomniejszych wyborów życiowych, które nie podlegają wartościowaniu. Coś co dla mnie jest dobre, niekoniecznie służy dobru drugiego człowieka. Ale co w takim razie, gdy mowa o wartościach, o tych najważniejszych postawach życiowych? O wierze? Czy w tym aspekcie też musimy uznać równorzędność wszystkich dróg?

Otóż, według współczesnego świata: tak. Dlaczego? Bo nie istnieje Absolut, który stanowi punkt odniesienia. Jeżeli nie ma punktu odniesienia, to nie można mówić o wartościowaniu jakichkolwiek wyborów. I to jest prawda. Bez Absolutu każdy wybór jest równie dobry, bo nie ma ukladu odniesienia – zupełnie jak w prostej matematyce: bez punktu (0,0) nie istnieje układ odniesienia i nie można mówić o tym, że jakiś punkt jest bliżej bądź dalej. Natomiast w momencie gdy przyjmiemy istnienie Absolutu, natychmiast pojawia się układ odniesienia.

Niestety współczesne myślenie o tolerancji i kultura, która nie uznaje Absolutu przenika do powszechnego myślenia. Bardzo wiele osób – także takich, które deklarują się jako wierzące – przyjmuje taki punkt widzenia, w którym nie możemy dokonywać jakiejkowiek oceny czyjejś drogi. Tylko, że wtedy idea Absolutu (jeżeli jest obecna w danym światopoglądzie) zawęża się do sfery prywatnej, co jak wcześniej pisałam prowadzi do skrajnej subiektywizacji rzeczywistości. Możemy tutaj także zaobserować bardzo specyficzny trend we współczesnym myśleniu: absolutyzowanie jakiś kwestii. Na dłuższą metę, człowiek nie może żyć bez Absolutu, więc znajduje sobie tematy zastępcze. Ostatnio ekologia – nie odbierając jej nic z istotnego znaczenia – jest absolutyzowana jako wartość nadrzędna. Człowiek pozbawiony Absolutu szuka go w czymkolwiek.

To stanowi podstawowy problem komunikacji. Wcale nie to, że jako ludzie różnimy się – w miłości to jest normalne i pomimo różnic, nikt się wówczas nie uważa za lepszego od drugiego człowieka. Problem jest wtedy, gdy różnimy się na płaszczyźnie uznania – bądź nie uznania – tego, czy jest jakiś układ odniesienia. I w przypadku wiary nie chodzi tu wcale o Boga – bo Boga często zamyka się w sferze prywatnej. Chodzi tu paradoksalnie o Kościół, który zmusza człowieka do wyjścia z tej sfery prywatnej, do uznania Prawdy, która nie podlega subiektywizacji. Właśnie dlatego potrzebujemy Kościoła, żeby – mówiąc językiem potocznym – wyjść ze swojego własnego ogródka, w przestrzeń, gdzie możemy porozumieć się z innymi także na płaszczyźnie wiary.

Ależ ten post mi wędrował po różnych tematach :). Od samookreślenia się w relacji, przez problem tolerancji, aż do kwestii Kościoła…

Nie chciałabym jednak, żeby w tym wszystkim umknęła mi najważniejsza rzecz. Dochodzę do przekonania, że pomimo możliwości zaistnienia nieporozumień w relacji z drugim człowiekiem, ostatecznie ważne jest abym ja, jako ja, pozostała sobą. Nawet jeżeli to miałoby prowadzić do trudności w porozumieniu, to unikanie otwartości w sferze własnych poglądów czy wyborów, i tak nie będzie prowadzić do głębi relacji. Ja muszę się najpierw samookreślić i w tym samookreśleniu trwać. Dopiero wówczas można zacząć wyjaśniać różnice i uwspólniać płaszczyznę komunikacji – bo bardzo wiele nieporozumień bierze się przede wszystkim z problemów w komunikacji, w tym po prostu z różnego rozumienia pojęć. Zatrata siebie w mylnie pojętej chęci dogadania się z drugim człowiekiem nigdy natomiast nie doprowadzi nas do prawdziwie głębokiej relacji.

Prawda nas wyzwoli. Prawda o mnie i o tobie. Prawda o tym, kim jesteśmy i jak bardzo się, być może, różnimy. Często ta prawda może być bolesna. Ale trzeba się z nią skonfrontować, by móc z miłością spojrzeć na drugiego człowieka.

 

 

 

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s