Wiara jako dowód

W ostatnią niedzielę ksiądz w mojej parafii zadał niezwykle proste pytanie. Jaka jest motywacja Twojej wiary? Dlaczego wierzysz?

Brzmi ono banalnie, ale zastanawiając się nad nim stwierdziłam, że nie jest wcale takie proste. Nie chodzi tu o odpowiedzi typu „wyniosłem/am to z domu”, tylko o najgłębszą, osobistą motywację.

Dlaczego wierzę? W kontynuacji kazania ksiądz starał się pokazać, że jedyną motywacją wiary może być tak naprawdę miłość. I oczywiście się z tym zgadzam. Kocham Chrystusa, tak, z pewnością, ale właściwie dlaczego? Mogę z tym pytaniem zejść jeszcze głębiej, dotknąć sedna. A w każdym razie mogę spróbować.

I zastanawiając się nad tym, doszłam do przekonania, że początkiem miłości jest poznanie drugiej osoby. I dotyczy to tak samo ludzi, jak i Boga. Kocham Boga, bo poznaję Go jako Osobę, która działa w moim życiu. Mogę się do Niego zwracać w najbardziej intymny sposób – w głębi swojej duszy, mogę otwierać się na Jego Obecność, mogę Mu ufać, że jest przy mnie i kocha mnie, umierając dla mnie. Bez tego czucia Boga jako Osoby, trudno by mi było chyba mówić o miłości.

To doprowadziło mnie do refleksji, że chyba wiele osób postrzega Boga jako ideę, jako koncepcję. A chyba trudno kochać ideę. Być może można wierzyć w jakąś ideę, ale raczej nie da się ufać idei. A podstawą miłości jest zaufanie.

Słowo „wiara” ma zresztą swoją specyfikę. Wiarę można łatwo stracić. Słowo to kojarzone jest z niepewnością, pewną niejasnością. Mogę w coś wierzyć, ale to nie znaczy, że jestem tego pewna. Dlatego wydaje mi się, że słowo to nie zawsze dobrze oddaje istotę relacji z Bogiem. Bogu jako Osobie mogę zawierzyć, mogę Mu ufać. Mogę też poczuć się zraniona, niewysłuchana i mogę przestać Mu ufać, mogę nie chcieć na Nim polegać. Ale kiedy już poznam Go jako Osobę, trudno chyba by było mi po prostu uznać, że się pomyliłam, że mi się zdawało, musiałabym wówczas w gruncie rzeczy utracić wpierw wiarę w siebie. To oczywiście też jest całkiem możliwe, ale w tym znaczeniu, o którym piszę, utrata wiary w Boga oznaczałaby raczej utratę zaufania do Niego.

Przyszły mi na myśl dość szokujące słowa z Listu do Hebrajczyków:

Wiara zaś jest poręką tych dóbr, których się spodziewamy, dowodem tych rzeczywistości, których nie widzimy. (Hbr 11,1)

Wiara rozumiana jako relacja z Bogiem może rzeczywiście stać się dowodem niewidzialnych rzeczywistości. Jeżeli ufam Bogu jako Osobie, która mnie nie okłamuje, to nie potrzebuję namacalności, samo zaufanie wystarczy i żaden inny dowód nie jest potrzebny. Wiara wystarczy. Wierzę, że Ktoś, kogo kocham mówi mi prawdę i nie potrzebuję już więcej dowodów, tak samo jak wierzę, że mój mąż mówi mi prawdę i nie potrzebuję więcej dowodów. A jak napisał św. Jan w swoim liście: Myśmy poznali i uwierzyli miłości, jaką Bóg ma ku nam. (1 J 4,16). A zatem to poznanie – czyli w gruncie rzeczy realne doświadczenie miłości Boga w swoim życiu osobistym – stanowi fundament tak rozumianej wiary. My miłujemy [Boga], ponieważ Bóg sam pierwszy nas umiłował. (1 J 4,19)

Jak zatem mogę odpowiedzieć na pytanie dlaczego ja wierzę? Bo doświadczyłam w swoim życiu miłości Boga, czułej i delikatnej. Na tę miłość nie mogę odpowiedzieć inaczej jak tylko miłością. I ta relacja jest źródłem mojej wiary i mojego zaufania.

Tylko czy rzeczywiście ufam? Im głębiej się nad tym zastanawiam, tym więcej widzę w jak wielu przestrzeniach w moim życiu nie ufam Bogu. Jak to bywa trudne, zwłaszcza w tych najważniejszych rzeczach. Właśnie wtedy kiedy zdaje mi się, że wierzę, odkrywam, że w gruncie rzeczy ciągle liczę na siebie. I dlatego kiedy myślę o pewności swojej wiary, to raczej obawiam się siebie – utraty swojej wierności Bogu, niż utraty wiary w Boga jako uznania Jego istnienia. Zdaje mi się, że zbyt wiele doświadczyłam Jego łaski, choć może takie myślenie także jest przejawem mojego zbytniego zaufania samej sobie.

A jednak, Twoja obecność, Panie, tak bardzo prawdziwa, więcej waży niż jakikolwiek argument.

Czesław Miłosz

OBECNOŚĆ

Panie, Twoja obecność, tak bardzo prawdziwa, więcej waży niż jakikolwiek argument.

Na moim karku i plecach poczułem Twój ciepły oddech.

Wymawiam słowa Twojej księgi, ludzkie, tak jak ludzkie są

Twoje miłości i gniewy.

Sam nas przecie stworzyłeś na swój obraz i podobieństwo.

(…)

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s