Stać się sobą

Od dawna czułam, że w relacji z moją starszą córką (dla jasności młodsza jest jeszcze niemowlęciem) przeżywam trudności, których naturę sama nie do końca rozumiałam. Wiedziałam, że to COŚ jest we mnie – coś, co mnie blokowało, co sprawiało, że nie umiałam przeżywać pełni radości w zabawie z nią. Bardzo trudno owo coś ująć w słowa, gdyż igrało ono na granicy czucia i samego bycia. Być z kimś w pełni, w całkowitej otwartości, gdzie nie ma ostrych granic między dawaniem i braniem, tylko jesteśmy razem w jedności – to jest doznanie egzystencjalne, które nie mieści się w granicach zwykłego odczuwania.

I tego bycia z moją córką mi właściwie zawsze brakowało. Nie być z kimś, to tak naprawdę znaczy być gdzieś indziej – myślami, sercem, umysłem – tam, gdzie nic nie może mnie zranić, gdzie nie mogę utracić samej siebie w relacji przed którą uciekam.

Aż któregoś dnia zwierzyłam się z tego na warsztatach rodzicielskich, w których uczestniczyłam. I wtedy prowadząca – zdawało mi się w pierwszej chwili, że trochę bez związku – powiedziała, że często doświadczamy trudności w relacjach z dzieckiem tej samej płci, szczególnie wtedy, gdy jako dzieci doświadczyliśmy jakiś trudności w relacji z rodzicem tej samej płci. I na dodatek trudności te wzmagają się dokładnie w analogicznym wieku – tzn. gdy nasze dziecko jest w tym samym wieku, w jakim my sami byliśmy, gdy doświadczyliśmy trudności.

Siedziałam na krześle, a wydawało mi się, że zapadam się w jakąś czarną dziurę. Właściwie trudno powiedzieć, że byłam w ogóle w tamtej sali. Nie, byłam dziewczynką, małą dziewczynką.

Nie chcę i nie mogę opowiedzieć tu na blogu o tym doświadczeniu, które tak silnie mną w tamtym momencie wstrząsnęło. Od tamtej chwili otworzyłam się jednak na proces uzdrowienia i – co ważniejsze – przebaczenia. Musiałam znów znaleźć się w ciele tamtej dziewczynki, którą byłam. Musiałam znów stać się sobą – inkorporować w siebie, to kim byłam jako dziewczynka. Stać się znów sobą, przyjmując w siebie wszystkie te bolesne doświadczenia, które dawno z siebie wyrzuciliśmy – to trudne. Znów pozwolić sobie poczuć tamten ból, tamto zranienie – nie ma w tym wcale nic przyjemnego, ale łzy, które wówczas płyną koją duszę. I leczą ją.

To, co tutaj opisuję, nie byłoby tak piękne, gdyby nie to, że wkrótce potem, gdy moja córka płakała, tak bardzo domagając się mojej obecności, poczułam nagle pełnię. Całkowitą pełnię i pewność, że mogę jej teraz dać całą siebie. Przytuliłam ją i czułam, że po raz pierwszy jesteśmy naprawdę razem, tu i teraz, w całkowitej jedności. Po raz pierwszy poczułam, że kocham ją. W pełni.

 

 

 

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s