Ja, Pieta

Oczami duszy widziałam ostatnio jak moja wiara rozpada się niczym domek z kart. Bujałam w ramionach moją malutką chorą córeczkę i nie miałam odwagi prosić Boga o uzdrowienie z choroby. Bałam się, że jeżeli nie dostanę odpowiedzi – a w każdym razie dostanę nie tę, jakiej ja oczekuję, to po prostu stracę wiarę. Więc zamiast błagać, tylko cicho poprosiłam Pana o pomoc, a moja maleńka się obudziła, zjadła pierwszy od dłuższego czasu posiłek i pomału zaczęła wracać do zdrowia.

Ale kiedy tak bardzo płakałam, trzymając ją śpiącą w ramionach i kiedy przypomniałam sobie ile to już razy bujałam moje chore dzieci w ramionach z nadzieją – a może z beznadzieją – na szybkie wyzdrowienie, to nagle ujrzałam siebie w całym rzędzie – niepoliczalnym niemal – matek, które od początku historii, płakały nad swoimi chorymi dziećmi. I może bardziej niż kiedykolwiek, właśnie w tym momencie, poczułam wspólnotę z całą historią. Zdało mi się nagle, że to moje macierzyństwo – bardziej nawet niż moje człowieczeństwo – wiąże mnie nieodwołalnie z przeznaczeniem. Jako człowiek mogę zawsze uciec w ułudę tego, że jestem panią samej siebie, że jestem wolna i tworzę własny los. Jako matka jestem związana nieodwołalnie przez los moich własnych dzieci. Niby wolna, a jednak związana. Czy to w szczęściu czy w nieszczęściu, zawsze będę z nimi współcierpieć lub z nimi się cieszyć.

Ujrzałam nagle siebie choć trochę jak Pietę. Tylko troszeczkę, bo przecież skala cierpienia jest inna, ale jednak. Jak każda matka, tak i Ty, Maryjo, płakałaś nad swym Synem. I wierzę, że rozumiesz. Rozumiesz mój ból, moje cierpienie. To małe i to duże. W Tobie jest cierpienie każdej matki. Ty cierpisz razem z nami. Pochylona nad dorosłym swym Synem, masz twarz młodziutkiej kobiety. Bo macierzyństwo nie liczy się w latach. Ono  jest we mnie, niezależnie od tego jak duże są moje dzieci. Pamiętam jak cierpiałam, gdy w ciąży straciłam swoje pierwsze dziecko. Moje serce matki nienarodzonego dziecka krwawiło wówczas. I choć cały świat, twierdzi, że matka takiego dziecka – płodu – to żadna matka, to ja już wtedy byłam jak Pieta. I dzieliłam z Tobą, Maryjo, cierpienie matki.

Na koniec chciałam się z Wami podzielić czymś, co niedawno przeczytałam, a co bardzo mnie dotknęło. Magda Frączek też pisała o Piecie:

Macierzyństwo ma w sobie – bardziej lub mniej – tę tajemnicę Maryjnego uścisku. Bez pytania o sens, jesteśmy dla naszych dzieci punktem podparcia i miękkim łożem ciała. Jesteśmy z nimi w tych wszystkich miejscach, w których inni je opuszczają. Jesteśmy z nimi do końca, odprowadzamy je do grobów i czekamy, aż zmartwychwstaną.

 

3 uwagi do wpisu “Ja, Pieta

  1. Witam! Z całego serca podziwiam dobre postępowanie oraz kłaniam się z szacunkiem dla tak głębokiej wiary. Serdecznie proszę o słowa wsparcia w mojej wędrówce ku wierze dla zagubionej owcy, która pragnie zbliżyć się do Boga i zostawiam swój adres na bloga, na którego zapraszam. Bardzo potrzebuję pomocy i mam nadzieję na dobre słowo. https://bitterpath.wordpress.com/

    Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s