Szczęście, które płynie z cierpienia

I w końcu stało się. Znalazłam we włosach pierwsze siwe włosy. To akurat śmieszny zbieg okoliczności, bo w ostatnim czasie bardzo dotyka mnie problem przemijania – o czym zresztą już pisałam.

Moje dzieci rosną, a dorastając coraz bardziej oddalają się ode mnie. To nie jest oczywiście złe – taka jest natura rzeczy, ale mnie jako matkę bardzo to dotyka. Był nawet moment, że pomyślałam, że trudno o większe cierpienie – większe oddanie wszystkiego – niż macierzyństwo. Święta Tereska napisała, że kochać to dawać wszystko, wraz z sobą, bez miary. Ja w ten sposób postrzegam miłość macierzyńską. Oddaję wszystko – a przede wszystkim siebie samą – do końca, aż do utraty tego, kogo kocham. Bo dziecku stopniowo coraz bardziej daję wolność. Aż do końca. Aż do usunięcia się w cień, gdy dziecko – już dorosłe – odejdzie własną drogą. Pod tym względem miłość małżeńska jest inna. Oddaję siebie całkowicie, ale też pozostaję na zawsze złączona z tym, kto mi również przysiągł miłość.

I dziś, gdy patrzę na moje dorastające powoli dzieci, gdzieś w głębi serca, przeczuwam cierpienie, które kiedyś będzie moim udziałem. Pan obdarzył mnie ogromną – może czasem zbyt dużą – wrażliwością i jest to dla mnie zarówno krzyżem jak i wielką łaską. Już dziś cierpię, przeczuwając odejście moich dzieci, ale to cierpienie sprawia, że każda chwila z nimi spędzona stają się łaską. Każda chwila nabiera znamiona wieczności, bo jest dla mnie skarbem, perłą, którą mogę się cieszyć tylko teraz, póki jeszcze jest czas. Ten czas przeminie i właśnie to, że przeminie czyni chwilę obecną bezcenną. Im bardziej dotyka mnie ból przemijania, tym większe szczęście odczuwam tu i teraz. I nawet gdy wczoraj trzymałam mojego małego chłopca w ramionach, gdy płakał histerycznie, czułam się szczęśliwa. Tak, szczęśliwa. Powiem więcej, zalewała mnie wręcz fala szczęścia. Bo cieszyłam się tym, że dane mi jest go teraz pocieszać, bo wiem, że nadejdzie czas, gdy jako dorosły już mężczyzna będzie płakał samotnie. I wtedy już tylko mój duch będzie mógł łączyć się z nim w cierpieniu.

Patrzyłam ostatnio na obraz Jezusa. Nie wiem co to za obraz, ale widniała na nim twarz umęczonego Pana, po której spływały wielkie łzy. Te łzy przypominały ostrza mieczy. A ja stałam i patrzyłam, czując jak te właśnie łzy przeszywają moją duszę. Kiedyś zresztą pisałam o tym, że często odczuwam rzeczywistość jako przeszycie mieczem.  Tak, Twoje łzy Panie przenikają moją, może nazbyt wrażliwą duszę, jak ostrza i ranią mnie. Ale właśnie z tych ran wypływa moje szczęście. I może dlatego tak często płaczę ze szczęścia. Bo to właśnie ból przemijania, cierpienie, które płynie z oddania siebie do końca, sprawia, że mogę być szczęśliwa właśnie tu i teraz. Że właśnie TERAZ jest tak bezcenne. I właśnie TERAZ wiem, że Ty jesteś, Panie. TERAZ. Przy mnie. W tej właśnie chwili. Ty jesteś. JESTEŚ.

W tej właśnie chwili ukrywa się wieczność. Ty jesteś.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s