Miłość w czasie

Dokładnie sześć lat i jeden tydzień po urodzeniu mojego pierwszego syna narodziła się moja (druga notabene) córeczka. Nie było by może w tej zbieżności dat nic nadzwyczajnego gdyby nie to, że poza zbliżoną datą urodzin łączy ich jeszcze podobny wygląd. Patrzę na moją maleńką dziecinę i widzę w niej moje najstarsze dziecko sprzed sześciu lat.

To skłania do refleksji. Jak bardzo zmienia się miłość w czasie! Patrząc na maleńką dziecinę zdaje mi się, że pękam z nadmiaru miłości. Zachwycam się nią, pochylam się nad jej maleńkimi paluszkami i cała opływam w tym słodkim uczuciu kochania.

Patrzę na moje starsze dzieci i dziwi mnie jak bardzo inaczej je kocham. W pierwszej chwili rodzi to we mnie coś jakby wyrzut sumienia. Dlaczego nie opływam już taką rozkoszą, gdy na nie spoglądam?

Z każdym dniem dziecko w jakimś sensie odchodzi od rodzica. Każdy dzień to krok na drodze niezależności. Z moją małą Hiacyntą jestem związana wiezią, która nas spaja, czyni nas obie od siebie zależnymi. Ja jej nie mogę zostawić, a ona – w pewnej mierze oczywiście – nie może żyć beze mnie. To nas spaja i wiąże. Ze starszymi dziećmi nie mam już podobnej więzi. Ale przecież to nie znaczy, że nie mam już z nimi żadnej więzi.

I właśnie kiedy to konstatuję dochodzę do zaskakującego wniosku, że w jakimś sensie moja miłość do starszych dzieci jest większa. Nie silniejsza, ale większa. Większa przez to, że jest trudniejsza. Każdy dzień, który oddala moje dzieci ode mnie jest wyzwaniem. Każdego dnia uczę się je kochać na nowo takimi, jakimi je odkrywam. Każdego dnia uczę się akceptować w nich to, czego może wcale się nie spodziewałam. Czego może wcale w nich nie chciałam. Każdego dnia muszę dokonywać na nowo wysiłku, by wyrosnąć ponad własne oczekiwania, ponad własne wyobrażenia i ponad własne wymagania. I każdego dnia odkrywam, że rzeczywistość jest o wiele piękniejsza niż moje oczekiwania. Tylko muszę chcieć to dostrzec.

A przecież kocham je wcale nie mniej niż to maleńkie dzieciątko, które wymaga tylko mojej obecności. Kocham je tak samo mocno, ale inaczej. Miłość do starszych dzieci wymaga więcej i w tym sensie musi być większa, by udźwignąć ciężar ich niezależności i by pokonać moją miłość własną. Bym mogła wznieść się ponad swój własny horyzont i dostrzec, że tam – za horyznotem – świat, który oni tworzą jest piękniejszy.

 

 

PS. Stwierdzenie, że miłość do starszych dzieci jest większa jest w tym wypadku pewną figurą retoryczną. Ta miłość jest inna, na pewno wymaga więcej i tylko w tym sensie nazywam ją większą.

 

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s