Nic, czyli wychowanie.

We wpisie Być sobą. Prawda, która wyzwala zawarłam myśl, która może wielu osobom zdawać się kontrowersyjna – a mianowicie, że wychowanie to po prostu bycie sobą w relacji z kimś. Wówczas pisałam głównie o relacjach z dorosłymi ludźmi, które także możemy kształtować. Teraz jednak chciałabym się szerzej zastanowić nad problemem wychowania w jego klasycznym rozumieniu tzn. w kontekście dzieci. Zachęcam jednak Was do przeczytania wspomnianego wpisu, gdyż jest on w pewnym sensie wstępem do tego, co piszę tutaj.

Odpowiedzi na pytanie na czym właściwie polega wychowanie dzieci jest prawie tyle samo ile rodziców – a nawet więcej, biorąc pod uwagę ile osób rości sobie prawo do wszechwiedzy w dziedzinie wychowania. Ja oczywiście też mam swoją wersję, którą mam okazję na co dzień wypróbowywać w relacji z moimi dziećmi (a jako matka wielodzietna mam całkiem spore pole do ćwiczeń 😉 ).

Żeby od razu uprzedzić zarzuty tych, którzy sądzą tekst tylko po tytule, powiem, że moja wersja wychowania bynajmniej nie jest wersją bezstresową. Owo „nic, czyli wychowanie” nie oznacza też bynajmniej tego, że „wychowanie to nic”, czyli, że to nic ważnego.

Wręcz przeciwnie. Wychowanie jest najważniejszym procesem w życiu, bo nigdy się nie kończy. Najpierw wychowują nas rodzice, potem wychowujemy samych siebie. Kształtują nas także inni ludzie – nawet nasze dzieci, a przede wszystkim we wzroście duchowym prowadzi nas Duch Święty. To wszystko też w pewnym sensie jest wychowanie.

Dlaczego więc „nic”? Otóż cała tajemnica wychowania drugiego człowieka polega na tym, żeby po prostu być sobą. Nic ponadto. Dotyczy to także wychowania dzieci, choć w relacji z nimi jest to zdecydowanie najtrudniejsze. Bo właśnie w relacji z dziećmi tak bardzo chcemy być lepsi niż naprawdę jesteśmy. Co więcej, chcemy przecież aby nasze dzieci były lepsze nawet od nas. Chcemy uchronić je od błędów i od upadków, które sami popełniliśmy.

Łatwo tak oczywiście mówić (albo pisać…), ale co to znaczy w praktyce? Co to znaczy być sobą w relacji z dzieckiem? Przecież jakoś muszę je wychowywać. Muszę je uczyć właściwych zachowań itepe, itede. A jaka jestem ja? Jak ja się zachowuję? Czy jeżeli dziecko będzie mnie naśladować, to wyrośnie na dobrego człowieka? Tak, czasem bywa trudno. Czasem dziecko jest – jakby na to nie patrzeć – po prostu niegrzeczne i ja chcę coś z tym zrobić. Przede wszystkim chcę, żeby przestało być niegrzeczne tu i teraz. No i oczywiście, żeby w przyszłości też było grzeczne i wyrosło na grzecznego dorosłego. Grzecznego dorosłego?! 

Cieszyłabym się oczywiście, gdyby moje dzieci zawsze były grzeczne i odnosiły się do innych z szacunkiem. Zdarza się, że się wstydzę, kiedy dzieje się inaczej. Ale grzeczność moich dzieci nie jest bynajmniej moim głównym celem wychowawczym. Jeżeli ja odnoszę się do innych ludzi z szacunkiem, to mogę być spokojna, że moje dzieci ostatecznie się tego nauczą, ale pod warunkiem. Jakim? A mianowicie, że to ja będę w pierwszej kolejności szanowała je, a w szczególności akceptowała ich uczucia. Była wobec nich grzeczna. Moim zadaniem jest pozwolić być im sobą, a sama stawać się przykładem dla nich. Jak? Też poprzez bycie sobą. Bycie sobą oznacza bowiem przede wszystkim akceptację samej siebie, która dopiero może mi pozwolić na zaakceptowanie drugiego człowieka w jego pełni. W jego burzy uczuć, w jego histeriach, także w jego niegrzeczności. Nawet w tak trudnej z rodzicielskiego punktu widzenia sytuacji jak histeria (zwłaszcza publiczna), dopiero jeżeli ja zaakceptuję moje dziecko w tej burzy emocji, to mogę w spokoju starać się pokierować sytuacją tak, by dała ona dziecku poczucie bezpieczeństwa i spokoju.

Oczywiście dziecko musi stykać się także z konsekwencjami swoich działań, ale takimi konsekwencjami, które bezpośrednio wypływają z zawinionej przez nie sytuacji. Wszelkie kary i nagrody są złe, bo są sztuczne. Są oderwane od rzeczywistości, w tym także od relacji. One oczywiście są skuteczne, ale wyrwanie wszystkich dziurawych zębów też można uznać za skuteczną metodę walki z próchnicą, a jednak nie jest to najlepsze rozwiązanie. Tylko relacja może dziecko ukształtować na wieczność, a nie manipulowanie rzeczywistością zewnętrzną.

Wychowanie poprzez bycie sobą jest trudne, bo zakłada także odsłanianie siebie przed dzieckiem. Może właśnie to jest najtrudniejsze. Ukazać swoją słabość. I to nie tylko jakąś tam słabość, ale całą słabość. Wszystko to, co jest dla nas trudne, z czym sobie nie radzimy. A nawet to, że się wstydzimy gdy dziecko jest niegrzeczne. Jeżeli nasza relacja jest głęboka taka informacja będzie skuteczniejsza niż krytyka czy kara.

Tak było z moim pięcioletnim synem, który od małego był niezwykle wrażliwy na moje uczucia. Jednak każde wyjście do kościoła było absolutną mordęgą. Jego zachowanie w trakcie mszy było okropne. Nie mogłam go za to karać, bo mógłby się w ogóle zniechęcić do kościoła. Powtarzałam mu jednak, że mam dosyć jego zachowania, że się wstydzę, że mi przeszkadza się skupić. Aż w końcu pewnego błogosławionego dnia, przesiedział przy mnie całą mszę, nawet odpowiadając na wezwania, a na koniec zapytał mnie czy cieszę się, że tak przy mnie siedzi. Na co oczywiście odpowiedziałam, że jestem zachwycona. I od tego czasu siedzi w kościele spokojnie. Oczywiście można powiedzieć, że do tego dorósł. Ale moje uczucia też miały dla niego znaczenie. Ktoś z kolei zarzuci, że nie po to ma chodzić do kościoła, by mnie zadowolić. To prawda, ale na etapie pięcioletniego dziecka, nie oczekuję, że będzie chodził na mszę z miłości do liturgii.

A czasem kiedy chodzę po domu, przygarbiona jakimś zmartwieniem, które kryję w sobie, on przychodzi do mnie i pyta mnie „Mamo, dlaczego masz takie smutne oczy?”

Czasem się na niego złoszczę. I to bardzo. Znosi to z niezwykłym spokojem. Najpierw się dziwiłam dlaczego, bo po każdej awanturze katowałam się oczywiście wyrzutami sumienia i przeświadczeniem, że on na pewno myśli, że go już nie kocham. Dopiero po jakimś czasie się zorientowałam, że znosi to ze spokojem, bo wie już, że to nic nie zmienia. Że mogę się złościć, a chwilę później i tak się przytulamy. To nic nie zmienia w naszej relacji. On mnie zna, taką jaką jestem – przynajmniej na tyle na ile potrafię być sobą – i nie boi się utraty naszej relacji. A w wychowaniu najważniejsze jest właśnie to – prawdziwa relacja, bez żadnych masek, bez sztucznych póz, bez czynienia z siebie autorytetu. Chcę być autorytetem dla mojego dziecka, ale tylko w takiej mierze w jakiej jestem sobą. Jeżeli chcę być autorytetem, to tylko prawdziwym.

Wszystko inne w wychowaniu jest tylko dodatkiem. Kary, nagrody, pochwały, krytyka, oczekiwania. Jeżeli nasza relacja z dzieckiem jest głęboka, to one nie zaszkodzą jakoś specjalnie, ale wątpię by miały duże znaczenie. Jeżeli natomiast relacja kuleje, a ja próbuję wyrastać na kogoś, kim w rzeczywistości nie jestem, to choć chwilowo wszystkie te dodatki mogą wtłoczyć dziecko w coś w rodzaju grzeczności, to potem tylko odbiją się rykoszetem.

Wychowanie przez bycie sobą jest trudne, bo nie daje jasnych wskazówek. Jest tylko jedna jasna, a jakże trudna w realizacji… być sobą właśnie. Dzielić z dzieckiem swoją radość, swoje trudności, okazywać swój żal i wstyd i dawać dziecku prawo do wyrażenia tego samego. Wychowanie to oczywiście też stawianie granic, ustanawianie zasad i wyciąganie konsekwencji, ale wszystko w zgodzie z tym co sami czujemy i co dotyka problematycznych zachowań dziecka w samej ich istocie.

W wychowani oczywiście nie uniknie się ani kar, ani nagród ani krytyki. Bardziej chodzi o to, by się do tego nie przywiazywać, ani się tym nie przejmować. Ja bardzo starałam się unikać np. karania dzieci, co oczywiście często mi nie wychodziło co powodowało u mnie duże wyrzuty sumienia, aż w końcu zrozumiałam, że to nie kara jest istotą wychowania, tylko relacja jaką mam z dziećmi… Bardziej niż o konkretne postępowanie chodzi o perspektywę na wychowanie. O świadomość tego, co ostatecznie się liczy. Na przykład początki macierzyństwa są trudne, a matki są poddane ogromnej presji, bo wszyscy wiedzą lepiej co jest wlaściwie w postępowaniu z niemowlakiem. A to nie tak. To matka wie lepiej co jest wlaściwe, bo to matka ma relację z dzieckiem. I popełniane przez matkę nieuchronnie błędy tego nie zmienią. Wszystkie tak zwane „metody wychowawcze” sa absolutnie drugorzędne w stosunku do samej relacji. Najważniejsze jest to co się dzieje w sferze uczuć, bliskości, zrozumienia między rodzicem a dzieckiem. Nawet jeżeli zdarzy się rodzicowi surowo ukarać dziecko – nawet dać mu klapsa – to jeżeli tylko relacja jest głęboka, to nie ma sensu się tym przejmować. W sieci można przeczytać, że to jest krzywda dla dziecka, że ono bedzie miało ranę do końca życia. A to nieprawda.
A wlaściwie to moze być prawdą, jeżeli relacja z dzieckiem jest płytka. Jeżeli jest budowana tylko na tym, co rodzic uwaza za słuszne, na wyobrażeniach o tym jakie dziecko jest, na wytwarzaniu fałszywego obrazu siebie jako rodzica itp. Ale jeżeli relacja jest głęboka, to taka kara nie zmieni wiele. Wystarczy przeprosić i przyjąć przebaczenie. Dlatego nie można dać się zastraszyć tym wszystkim piewcom jedynych słusznych metod wychowawczych. Bo metoda to tylko metoda, a nie prawdziwa istota. Istotą mojego pisania książek jest sam akt pisania, a nie to czy piszę na komputerze, maszynie czy ręcznie. I z metodami wychowawczymi jest tak samo. Jedne mogą być lepsze od innych, ale istotą wychowania jest bycie w relacji z dzieckiem.

Może to jest bliskie rodzicielstwa bliskości, ale jednocześnie bardzo dalekie. Rodzicielstwo bliskości stawia przed człowiekiem multum zasad, których powinno się przestrzegać. Niby nie trzeba, no ale jak nie chustujesz, to jednak robisz gorzej.

Ja nie uznaję zasad w rodzicielstwie, tak jak nie ma żadnych zasad w byciu sobą: kierowaniu się intuicją, ujawnianiu swoich uczuć, stawianiu granic i okazywaniu własnych słabości. Dawniej na przykład zamartwiałam się tym, że nie umiem się z dziećmi bawić tak żywiołowo jak mój mąż (a one to oczywiście uwielbiają). Ojej, ile ja sie namęczyłam z tego powodu, ile wspólnych zabaw było dla mnie męką nie do zniesienia. Aż w końcu przyznałam – przed sobą i przed nimi, że tego nie lubię i odtąd świetnie bawimy się w klocki, w układanie puzzli czy budowanie robotów. Czasami bywam jędzą, ale odkąd przestałam się tym zadręczać, moje dzieci też lżej znoszą moje zrzędzenie. Po prostu wiedzą, że zaraz mi minie. A ja je wtedy przeproszę. I może to dziwne, ale odkąd staram się być sobą przy moich dzieciach, tym mocniej doświadczam ich miłości. Kiedyś paraliżował mnie lęk, że jeżeli nie będę dobrą matką, to one mnie kiedyś przestaną kochać. Teraz kiedy widzę, że ze spokojem znoszą moje humory, to czuję także z ich strony pełnię akceptacji i miłości.

Ilekroć zaś staram się być kimś innym niż jestem, ilekroć przybieram jakieś rodzicielskie pozy, tylekroć tak naprawdę zniżam się do manipulowania moimi dziećmi. Bo tylko prawdziwa pokora jest prawdziwą władzą. Tylko w prostocie bycia sobą i w pokorze uznania swojej słabości mam moc kształtować moje dzieci.

Bo po latach cóż im zostanie z mojego wychowywania? Przyjdą dni kiedy odejdą z mojego domu i jedyne co mi zostanie to nie metody wychowawcze, tylko relacja, która kształtuje się od dzieciństwa. Chciałabym, aby ta relacja  była dla nich wówczas podporą, korzeniem, z którego będą czerpały siłę do mierzenia się z życiem już samodzielnie. Chciałabym też, aby zawsze, pomimo licznych błędów, jakie popełnią, i upadków, jakich doświadczą, mogły być pewne, że kocham je w ich słabościach. Kocham je także w ich cierpieniach, jeżeli zechcą się nimi ze mną podzielić. Jeżeli zechcą być sobą.

 

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s