Manifest złej matki.

Ostatnio wzbiera we mnie irytacja na różne przejawy rodzicielskiej kultury, które mam okazję obserwować. Czarę goryczy przelała we mnie powieść Natalii Fiedorczuk „Jak pokochać centra handlowe”, która na przekór swemu tytułowi jest wewnętrznym monologiem kobiety, która zmaga się z początkami macierzyństwa. Książka jest na swój sposób bardzo dobrym opisem doświadczeń początków macierzyństwa. A jednak budzi we mnie bardzo negatywne odczucia. I dlatego postanowiłam napisać swój własny manifest macierzyński.

Po co urodziłam moje dzieci? Po co je wychowuję? Co chcę im w życiu dać?

Pytania proste, a odpowiedzi może być milion. Stąpamy po lotnych piaskach i chcemy – my rodzice – znaleźć drogę.

Nie znam wszystkim odpowiedzi, ale wiem jedno. Chcę moim dzieciom w życiu dać Boga. Chcę je poprowadzić drogą wiary. To wszystko. I to nic zarazem, bo przecież wiary nie da się wtłoczyć. Można tylko ufać, że pociągnięte łagodną miłością Boga dziecipójdą tą drogą same. W porównaniu z tym, wszystko inne, co mogłabym im dać to marność. Puch.

A więc w jakimś sensie jako matka jestem bezsilna. Najważniejsze co mogę dać jest tak ulotne. Jest ledwie darem, który może być odrzucony. A jednak w swojej bezsilności jestem pełna pokoju.

Bohaterka Fiedorczuk też jest bezsilna. Ale ta bezsilność ją niszczy. Jak kojot wyje w rozpaczy, że jej dziecko kiedyś umrze. Że może będzie chore. Że będzie cierpieć. To są współczesne rodzicielskie dylematy. Lęki, które tłumimy, gubiąc się w meandrach rozmaitych wyborów. Karmienie piersią czy butelką? Rodzicielstwo bliskości czy wychowanie twardą ręką? Chustowanie i spanie z dzieckiem czy nauka samodzielnego zasypiania? Karmienie piersią rok czy pięć lat? Przedszkole zwykłe czy może montessori? Edukacja domowa czy publiczna? Żywienie wysokobiałkowe czy wegańskie?

Każdy z tych wyborów jest lepszy bądź gorszy. Każdy ma swoje plusy i minusy. Ostatecznie żaden z nich nie ma aż tak dużego znaczenia.

Ja też dokonałam swoich wyborów. Nie zamierzam się tego wypierać. Niektórych z nich mogę zaciekle bronić. A więc dlaczego uważam, że ostatecznie to nie ma znaczenia?

Bo wszystko zależy tylko od miłości. Mogę być idealnym rodzicem, który dba by dziecko miało wszystko to, co najlepsze, ale jeżeli moim sercem nie jestem przy nim, to wszystko co robię jest jak dzwon, który choć głośno bije, to w środku jest pusty.

Wszystkie te wybory, o które ludzie tak zaciekle spierają się w sieci są tylko polisami, które mają nas zabezpieczyć przed rodzicielską klęską. Boimy się. Lękamy się o nasze dzieci. Jak dać im to, co najlepsze? Jak uchronić je od cierpienia? Będę karmić piersią, to nie będzie miało cukrzycy. Zaserwuję mu wegańską dietę, to uniknie nowotworów. Będę je chustować to będzie zdrowe psychicznie.

Ale odpowiedzią na lęk jest tylko miłość. Tylko kochając moje dziecko mogę mu dać to, co najlepsze.

Tylko co to znaczy kochać? To być. To dawać siebie.

Trywialne. Przecież każdy rodzic kocha swoje dziecko. Każdy daje siebie. Pewnie i tak, ale najczęściej to jest bardzo zagubiona miłość. Co jest zatem czystą miłością?

Być z dzieckiem w jego cierpieniu. Ofiarować mu swoje współcierpienie.

I tu jest miejsce na mój manifest złej matki. Manifest na przekór, wbrew idealnemu obrazowi macierzyństwa.

Nie będę robić wszystkiego, by oszczędzić cierpienia moim dzieciom. Nie będę, bo nie chcę. 

Dam im za to siebie. Swoje współcierpienie. Nie będę na siłę zmniejszała ich bólu. Będę przy nich. Będę je kochać w ich cierpieniu.

Co to jednak znaczy?

Kiedy moje dziecko cierpi, ja też cierpię. To oczywiste. Tylko pytanie czy cierpię, bo ono cierpi i ja współcierpię z nim czy też jego cierpienie jest dla mnie nie do zniesienia, bo nie umiem zaakceptować bólu swojego dziecka, nie umiem pogodzić się z tym, że ono cierpi?

Metafora. Czy kiedy dziecko choruje, to czy potrafię po prostu przy nim być? Czekać aż organizm sam zwalczy chorobę, jak to najczęściej się zdarza przy różnych infekcjach? Czy ja miotam się, żeby szybko je wyleczyć, daję antybiotyk, żeby skrócić to cierpienie, bo to ja nie umiem znieść tego napięcia i lęku czy na pewno będzie zdrowe? Nieważne, że później będzie miało słabszą odporność, bo stosuję mocne środki.

Z duszą jest podobnie. W bólu serca również można towarzyszyć, albo można zrobić wszystko, by je usunąć.

Zabrał ci zabawkę. Płaczesz? Nie, nie płacz, nic się nie stało. To nie jest powód do płaczu.  Zobacz, tam są fajniejsze zabawki

Twoje dziecko jest dorosłe i przeżywa swoje problemy, a Ty mu mówisz, że to nic takiego, że inni cierpią bardziej, że nie ma co się tak tym przejmować?

A może po prostu prostu dajesz mu szansę, by wypowiedziało cały swój ból, całe swoje cierpienie i tylko jesteś? Tylko słuchasz?

Nie eliminacja cierpienia, a współbycie jest aktem miłości.

Oczywiście po ludzku, kiedy dziecko jest na przykład bardzo chore, to ja też chcę zrobić wszystko, by mu pomóc i je wyleczyć. Tylko pytanie czy tylko to jest moim celem? Czy tylko na tym się skupiam? Czy chcę to osiągnąć bez względu na środki i na późniejsze konsekwencje?

Jeżeli jako rodzic najbardziej w świecie boję się cierpienia mojego dziecka, to pytanie czy ja je naprawdę kocham? Bo najczęściej boimy się tego, że to my jako rodzice nie damy rady znieść cierpienia dziecka. Że to nas przerośnie. Że się załamiemy. Boimy się o siebie, o swój własny ból. Ktoś może powie, że to przecież też jest ból współcierpienia, a więc jest miłością. Że cierpimy, bo kochamy. Tak, cierpimy, bo kochamy. Ale jeżeli nie jesteśmy w stanie wznieść się nad własne cierpienie i po prostu być z dzieckiem w jego cierpieniu, to to już jest egoizm.

Bo dziecko potrzebuje tylko być kochanym w swoim cierpieniu. Potrzebuje widzieć, że rodzic jest w stanie znieść własne cierpienie i tylko być przy nim. A czy dziecko, którego rodzic robi wszystko, by mu oszczędzić wszelkiego cierpienia, nie może czuć się niekochane w swoim bólu? Skoro rodzic nie umie znieść jego cierpienia?

Nie usunę cierpienia z życia moich dzieci. To nie jest moim celem. Nie chcę dać moim dzieciom życia usłanego różami, chcę im dać Boga, który ma moc przemienić ich cierpienie w źródło miłości. To On jest moim pokojem i moją macierzyńską siłą. To On daje mi pewność, że cokolwiek w życiu może się wydarzyć, On zawsze przy mnie będzie. On jest lekarstwem na wszystkie choroby i On jest Życiem na przekór śmierci. 

PS. Zaczęłam mój manifest od książki, która bardzo mi się nie spodobała. A więc na koniec wspomnę o książce, która zmieniła moje życie i moje patrzenie na macierzyństwo. Anne-Dauphine Julliand w swojej opowieści o śmiertelnej genetycznej chorobie dwuletniej córeczki „Ślady małych stóp na piasku” kreśli obraz miłości, która wznosi się na szczyty cierpienia, by stamtąd móc w upojeniu wykrzyczeć: Jestem szczęśliwa, że mam taką córkę jak Ty. Nie żałuję, że urodziłaś się właśnie mi. Nie żałuję ani jednej chwili, gdy wraz z Tobą cierpiałam. Jestem szczęśliwa, że mogę być z Tobą, aż do końca.

2 uwagi do wpisu “Manifest złej matki.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s