Ekstaza miłości. O rozwoju jedności małżeńskiej.

Czy ktoś z nas może uczciwie powiedzieć, że nigdy w życiu nie był zakochany? Zakochanie przydarza się chyba każdemu i trzeba powiedzieć, że jest to zupełnie wyjątkowy i piękny stan. Piękny, zwłaszcza gdy zmierza ku swemu celowi – miłości małżeńskiej.

Dla mnie zakochanie było tak cudowne, że nie chciałam, by się kiedykolwiek skończyło. Pragnęłam byśmy zawsze mogli chodzić razem, trzymając się za ręce i irytowały mnie jakiekolwiek aluzje, że zakochanie nie trwa wiecznie. Znałam teorie psychologiczne, wedle których okres zakochania trwa mniej więcej dwa lata, by później, przechodząc przez pewne kryzysy, po jakiś pięciu – siedmiu latach przekształcić się w miłość dojrzalszą.

Tylko że zawsze ta dojrzalsza miłość brzmiała jakoś gorzej.

Kościelna retoryka nie pomagała. Miłość dojrzała to miłość, która nie jest już uczuciem, tylko jest decyzją woli, wyborem dobra współmałżonka. To rezygnacja z siebie. To podjęcie krzyża.

Oczywiście to bardzo wzniośle brzmi. Bardzo szlachetnie. Bo czyż nie jest celem każdego, kto pragnie iść za Chrystusem, podjęcie swojego krzyża?

Ja jednak szczerze nie znosiłam wszystkich tych opowiadań o rozwoju miłości. Zarówno psychologicznych, jak i chrześcijańskich, ani nawet literackich. Czy to nie literatura sublimuje akt zakochania? A ile wybitnych powieści opisuje miłość dojrzałą? Czy coś tak cudownego jak zakochanie może się naprawdę skończyć? Czy uczucie może ustąpić miejsca zwykłej decyzji ludzkiej woli? I to ma być piękniejsze niż zakochanie?

 

Tak, jest piękniejsze. Jest oczywiście też zupełnie inne niż można przeczytać w jakichkolwiek książkach, czy to psychologicznych, chrześcijańskich czy jakichkolwiek innych. Czy będzie truizmem napisać, że trzeba to poczuć, żeby się przekonać?

Z pewnością. A jednak i ja porwę się na to, zdawałoby się, niewykonalne zadanie opisania jak niepozorna gąsienica zakochania w pewną ciemną noc, ukryta w kokonie, powoli przepoczwarza się w dojrzałego motyla miłości.

 

Spotkaliśmy się. Jesteś cudowny, wspaniały. Jesteś tym jedynym. Jestem o tym przekonana. Nie ma nikogo takiego na świecie. Moje serce bije szybciej. Ty też mnie kochasz! Jak to możliwe?! Ktoś tak wspaniały i cudowny pokochał mnie! Jestem w niebie! Cała fruwam!

Oddałabym wszystko dla Ciebie. Nagle odkrywam, że wszystko, co Ty ze sobą wnosisz do naszego związku, jest takie wspaniałe. Najlepsze. Twoje upodobania, Twoje gesty. Nawet nie zauważam, kiedy to wszystko przejmuję. Moja mimika się zmienia. Upodobniam się do Ciebie we wszystkim. Jesteś taki wspaniały. Chłonę Cię całą sobą. Niemal jestem już Tobą. Czyż właśnie teraz nie jesteśmy jednością? Nasze serca biją wspólnym rytmem. Robimy wszystko razem, nawet upodobania mamy te same. To musi być ideał jedności.

I tak trwamy razem, jak sądzimy, w doskonałej harmonii. Najczęściej wtedy właśnie bierzemy ślub. I choć proza życia powoli wdziera się w naszą harmonię, my nic sobie z tego nie robimy. Jesteśmy przecież tak cudownie zjednoczeni. Owijamy się kokonem naszej cudownej miłości, pewni, że tak już będzie zawsze. Oplątani jedwabną nicią, jesteśmy złączeni, gdy nadchodzi noc.

Ale noc to ciemność. Choć Jan od Krzyża twierdzi, że ciemność duchowa to światło Boga tak jasne, że oślepia. A ponoć to zakochani są ślepi.

Nadchodzi noc, która zakrywa przed nami piękno tego drugiego. Ale paradoksalnie widzimy teraz lepiej samych siebie. Zderzamy się ze swoimi ograniczeniami. Poznajemy też swoje własne możliwości.

W ciemności jestem znów sama ze sobą. Muszę sobie radzić sama. Muszę po omacku znaleźć Ciebie. O własnych siłach.

Nie jestem taka słaba, jak mi się zdawało. W ciemności widzę lepiej swoje własne kontury. I podoba mi się to, co widzę. Odkrywam, że wcale nie chcę tego porzucać, bo to też jest dobre. Nie chcę musieć znów odrzucać precz samej siebie i przyjmować bezkrytycznie wszystkiego, co jest Twoje. Odnalazłam znów siebie, zagubioną gdzieś w zakochaniu. Po omacku odkrywam też Twoje prawdziwe kontury i one nie są takie, jak mi się zdawało. Odnajduję blizny i rany.

Rozpadam się. Owo MY, które przez ostatnie lata tworzyło mnie, nagle znów stało się JA i TY. Czy to możliwe? Przecież byliśmy jednością! To nie może się zmienić! To nie może się tak po prostu rozpaść!

Nie, nie może. Ja, oczywiście mogę wybrać, by odwrócić się, by pójść tam, gdzie sama chcę. By już nie musieć dotykać Twoich ran. Ale ja wybieram – decyzją mej woli, by trwać. Bo tej nocy, w ciemności, chcę być zjednoczona z Tobą. Tej nocy, gdy Jego Światłość nas oślepia, gdy wszystko, co odnajduję w sobie dobrego, oddaję Tobie, by wypełnić Twoje braki, by opatrzeć Twoje rany. By być cała dla Ciebie w ekstazie prawdziwej miłości.

Oddaję siebie. Tak, rezygnuję z siebie. Świadomie. Aktem mej woli. Podejmuję krzyż. Przychodzę rzucić ogień na ziemię naszej miłości i jakże pragnę, aby on już zapłonął.

Ten ogień – ogień mojej i Twojej ofiary z siebie, to ogień miłości Boga, która nas razem spala. I tak już nie jesteśmy JA i TY. Jesteśmy JEDNO. W ogniu wszystko staje się jednym.

Czeka nas długa droga. Musimy każdego dnia podtrzymywać ogień. Ogień naszej ofiary. Ogień naszej ekstazy. Ogień jedności, która pochodzi od Boga. On nie może nigdy zgasnąć, bo zostałby z nas sam popiół. Już nigdy nie moglibyśmy odnaleźć siebie. Nigdy też nie udałoby nam się już wrócić do JA i TY, które kiedyś było.

Nasza miłość w pełnym rozkwicie wzlatuje teraz do Boga jak piękny motyl. Jego skrzydła są utkane z płomienia.

 

Wpis powstał w ramach akcji Małżeństwo jest fajne zorganizowanej w ramach Międzynarodowego Tygodnia Małżeństw.

 

 

3 uwagi do wpisu “Ekstaza miłości. O rozwoju jedności małżeńskiej.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s