Dobroczynność.

Dziś gościnny wpis mojego męża.

W poważne tematy tego bloga chyba warto czasem wpleść trochę humoru :).

Ta dam.

 

Mam na imię Krzysztof. Jestem wolontariuszem w Szlachetnej Paczce. Moją przygodę z pomaganiem ludziom zacząłem gdy miałem 4 lata. Na podwórku przed blokiem zobaczyłem chłopca który stał zapłakany z topniejącymi lodami Bambino na patyku. Zapytałem:

– Dlaczego płaczesz?

– Nie chcę na patyku. Nie ciejpię ich. Chcę „Śnieżną kjomkę”.

– Nie martw się, pomogę Ci.

I zjadłem jego loda. Pomogło! Przestał płakać.

Bo najlepsze są proste rozwiązania.

Za każdym razem, kiedy ten chłopiec mnie widział a miał coś, co wręczyła mu wcześniej mama, przestawał grymasić i zaczynał ochoczo jeść. Przy tym z wdzięcznością odnosił się do mamy. Jego mama twierdziła, że mam dar oddziaływania na ludzi. Bo już sam mój widok ma na niego dobroczynny wpływ.

Ale tak naprawdę rozkwit moich zdolności wspierania innych przypada na lata mojej obecności w szkole podstawowej. To była 8 letnia szkoła podstawowa w Pruszkowie. Uczyły się tam bardzo miłe dzieciaki, wszyscy byli radośni, rozkrzyczani i pełni energii. Niektórym tak się podobało w szkole, że chcieli do niej chodzić cały czas. Powtarzali klasy po wielokroć. Z takich „Pruszkowskich prymusów” sformowano oddział „z”. Uczniowie z klasy „8z” twierdzili że to „z” jest od „ztrasznie fajna”. Pamiętam jak kiedyś zostałem wysłany po kredę i dwóch chłopców z klasy „z” ganiało za kimś z innej klasy. Szkoła miała w środku patio i dwie klatki schodowe. Więc dosyć długo można było się ganiać. Chłopcy z klasy „z” nie byli zbyt bystrzy, więc gdy przebiegali koło mnie po raz trzeci poradziłem im: – Musicie się rozdzielić. Jeden pobiegł na górę, drugi na dół, podczas gdy z trzeciej strony – czyli z drugiej klatki schodowej – nadbiegł uciekinier, chowając się w sklepiku szkolnym. Gdy wracałem z kredą zaczepili mnie goniący, spotykając się dokładnie w miejscu, w którym się wcześniej rozdzielili.

– Widziałeś go? – Zapytał chłopak który potrafił patrzeć jednocześnie i na mnie i na sufit. Najwyraźniej był spostrzegawczy.

– Gdzie? – odparłem spoglądając za nim na sufit.

– No, czy tu przebiegał? – dorzucił ten drugi. Pamiętam, że miał ciągle otwarte usta.

Pomyślałem o nim „Głodny”.

– Nie, tędy nie przebiegał! Ale i tak wam nie powiem, bo go zbijecie.

– Nie. Umówiliśmy się, że razem złożymy się na paluszki – odpowiedział Głodny – Zapytaliśmy czy ma forsę i czy kupi z nami paluszki na spółę. On powiedział : „Nie dam wam forsy nawet jak mnie złapiecie.”. Wiec go złapiemy i kupimy na spółę paluszki.

– A do kupna na spółę paluszków nie miał zastrzeżeń – odpowiedział Spostrzegawczy – My mamy tylko połowę pieniędzy.

Głodny wyciągnął z kieszeni pełno starych banknotów z Trauguttem i Świerczewskim i nawet kilka monet.

To chyba nie ma żadnej wartości – wskazałem na monety.

– I tu się mylisz – powiedział Spostrzegawczy. – Musisz się jeszcze trochę pouczyć.

Za plecami chłopców zza drzwi sklepiku wyjrzała głowa goniącego.

– Czy wiesz, że dziesięć takich monet jest warte tyle, co jeden taki papierek? – dodał Głodny. – trzeba mieć głowę, aby wymyślić, że dziesięć monet to tyle co papierek. Ci ekspedienci to mają głowę. – zakończył z nieukrywanym uznaniem. – To jak widziałeś go?

– Gdzie?

– Tam? – Spostrzegawczy wskazał ręką kierunek, z którego przyszedłem.

– Nie.

W tle za nimi widziałem jak twarz gonionego w sklepiku zaczęła się uśmiechać. Rozmowa zamieniła się w wartkie przesłuchanie.

– A tam? – Głodny wskazał ręką kierunek, w który zmierzałem.

– Nie.

– A tam? Widziałeś? – zapytał Spostrzegawczy, wskazując jakiś nieokreślony kierunek, podczas gdy patrzył już w dwóch innych kierunkach.

– Nie.

– A na drugim piętrze? – zapytał Głodny

– Nie.

– A skąd wiesz? Ja tam byłem i cię tam nie widziałem. To skąd wiesz?

– Nie widziałem go tam, bo mnie tam nie było. – odpowiedziałem.

Temu w sklepiku mina zrzedła, widząc jak coraz bardziej przypierają mnie do muru. Co chwilę spoglądałem i na niego i na „goniących”.

– Przedrzeźniasz mnie? – zapytał bojowo Spostrzegawczy.

Zza rogu wyszła jakaś nauczycielka.

– Muszę wracać na lekcję. – powiedziałem, pokazując im kredę.

Uciekinier uśmiechnął się szeroko.

Co do waszego wspólnika w paluszkach to już na was czeka w sklepiku. – rzuciłem na odchodne.

Po chwili zostałem wysłany, aby zmoczyć gąbkę. Wychodząc z klasy spotkałem całą trójkę. Uciekający szedł w środku z małą paczką paluszków, a wspólnicy po obydwu jego stronach każdy z dużą paczką paluszków i oranżadą.

– O widzę, że nie dla wszystkich wystarczyło na oranżadę – rzuciłem.

– Pani w sklepie zapytała „Czy nie chcecie jeszcze dodatkowo po oranżadzie?”. On powiedział, że nie chce. A ja jej na to że nie widzę przeszkód. – Odparł Spostrzegawczy.

– I jeszcze zostały mi pieniądze na pół paczki paluszków – radośnie dodał Głodny – bo pani powiedziała, że za takie drobne to dziękuje.

Pamiętam jeszcze jedną rozmowę z „kolegom” z podobnej klasy. Rzecz się działa w szatni po wf-ie pod koniec ósmej klasy. Chłopcy rozmawiali jakie mają oceny i co muszą poprawić. Wyliczali długie litanie przedmiotów i klasówek które muszą poprawić lub zaliczyć. Nie bardzo ich słuchałem i tylko dla zaznaczenia swojej obecności powiedziałem, że ostatnio nie było mnie na klasówce z matmy i muszę ją zaliczyć za dwa dni.

– Ile masz pał? – zapytał jeden z nich.

Ja szybko przeliczyłem w pamięci: Jedna z matmy, dwie z polskiego, jedna z chemii, jedna z geografii, jedna z wf. Głównie za brak zeszytów albo stroju w przypadku wf.

– Sześć – odparłem

– To ty nie zdasz – oznajmił z pewnością pytający.

Ale jak uczy ksiądz Jacek ze stowarzyszenia Wiosna pomoc musi być mądra. I jest w tym wiele głębi. Sam doświadczyłem takiej sytuacji.

Wczesnym przedpołudniem wracałem w piątek ze szkoły, było już trochę ciemno – zima. Jakiś facet radzi coś kobiecie w małym fiacie. Po chwili zamieniają się miejscami. Ona stoi na oblodzonym chodniku, a on próbuje odpalić małego fiata. Pcha go, ślizga się, wskakuje do środka. Samochód zgrzyta i zatrzymuje się. Sytuacja powtarza się. Podbiega do samochodu jakiś chłopak z sąsiedztwa i widzę jak zaczyna pchać. Z wnętrza samochodu macha kierowca i krzyczy – Dawaj, dawaj, dawaj! Po chwili i ja się przyłączam. Samochód udaje się odpalić. Kierowca odjeżdża.

Późnym wieczorem zjawia się w mieszkaniu policja w sprawie kradzieży małego fiata, w której miałem współudział. Bo jak się później na komendzie okazało, właścicielka została na lodzie.

 

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s