Rzecz o modlitwie i takie tam.

Idę sobie lasem. Odbywam – tak to można ująć – spacer kontemplacyjny. Jestem tu i teraz. Liść opada. Wiatr podrywa opadające gałęzie. Słońce prześwieca między drzewami. Jestem. Oddycham. Nie ma nic innego. Żadnej myśli. Żadnego przedtem. Ot tak, znalazłam się w tym lesie. Nic nie było wcześniej. Nic nie będzie potem. Idę. Nie ma żadnego potem. Nie ma jutra. Jest tylko teraz.

Jestem szczęśliwa. Jakie słońce! Chłodny wiatr owiewa mi twarz. Słyszę szelest liści. Czy można chcieć więcej?

Tu jest Bóg. Tu, ze mną. Igra ze mną promieniami słonecznymi, które rażą moje oczy. Muszę przymykać powieki, ale światło i tak prześwieca przez cienką skórę. Śmieje się do mnie. Jestem. Ja i On. Jestem pełna Życia. Nic więcej nie potrzeba. Dziś. Teraz. W tym momencie. Jest wszystko. Pełnia Radości. Pełnia Życia. Pełnia Miłości.

Tak bywa czasem. W takich okresach na każdej niemal modlitwie opływam Radością, która nie jest z tego świata. Życie wylewa się ze mnie strumieniami.

Czasem bywa inaczej.

Idę sobie lasem. Co ja dzisiaj jeszcze muszę zrobić? Zupę mam, ale co na obiad? Muszę jeszcze podjechać do sklepu. Wróć. Miałam się modlić. Być tu i teraz. Kontemplować przyrodę. No tak, ale muszę jeszcze załatwić te dwa telefony. Liść opada, a mi w głowie jedzie samochód, żeby już odebrać dzieci. Stop. To jeszcze nie TERAZ. Moja głowa usilnie stara się zaparkować i zauważyć jak wiatr podrywa opadające gałęzie. Patrzę na słońce w nadziei, że jego promienie wypalą sobie drogę do najgłębszej głębi mojej duszy i tam wreszcie znajdę pokój i radość. Ale dziś jestem z kamienia i nawet żar ognia niewiele może zdziałać.

A najgorsze, że to bardzo boli. Słońce, którego promienie wypalają powłoki mej duszy zadaje mi prawdziwy ból. Pazurami próbuję wyrwać sobie z głowy własne myśli i to piekielnie boli. Piekielnie. Bo to jest śmierć. To jest umieranie. Umieranie samej sobie. Tu, teraz, uśmiercam własne myśli, pragnienia, plany i potrzeby. Po co? By być. Po prostu być dla Boga. Być pustą. Chcę by On mnie wypełnił. Bym była cała Nim. By już nie było mnie, tylko by On był. Żebym mogła powiedzieć, że to już nie ja żyję, tylko żyje we mnie Chrystus.

I właśnie wtedy przychodzi. Wtedy kiedy walczę. Kiedy zaciekle próbuję wyrwać sobie z głowy własne JA i to razem z korzeniami. Nie przychodzi pośród pociech, radości, uniesień. Choć wtedy – jak zawsze – też jest Obecny. On przychodzi pośród walk, znoju i trudu i przynosi Pokój jakiego świat dać nie może.

Dlatego trwam. Dlatego się nie poddaję. Nie dam się pokonać myślom, które jak konnica galopują mi po głowie. Im bardziej mnie atakują, tym zacieklej staram się walczyć. I wtedy On mnie zwycięża. Porywa i zabiera tam, gdzie chce. A ja daję się porwać jak branka wojenna, szczęśliwa, że mnie bierze sam Król.

Na wyżyny. W wieczne TERAZ.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s