Podróż do wnętrza duszy.

Podróż do wnętrza Ziemi raczej nie należy do łatwych. Jednak podróż do wnętrza samego siebie może naprawdę być wędrówką w nieznane i niebezpieczne rejony.

Tak mało wiem o samej sobie. A co dziwniejsze, im więcej zdaje się, że wiem, tym bardziej dociera do mnie to jak mało wiem. Paradoks? Niekoniecznie. W końcu odkrywając nowe lądy, ludzie też dopiero odkrywali jak wielkie są te lądy, które właśnie odkrywają.

A więc ja właśnie czuję się tak jakbym odkrywała nieznane mi dotychczas archipelagi. Chodziaż chyba porównanie do podróży do wnętrza Ziemi jest o tyle bardziej adekwatne, że podróż w głębiny duszy jest raczej żmudną wędrówką w ciemności niż błogą żegługą w promieniach słońca.

Ta metafora idzie jednak jeszcze dalej. Podróżując do wnętrza Ziemi muszę się przekopać przez warstwy mułu i brudnej czarnej ziemi, piasku i kamieni, ale mogę podczas tej podróży natknąć się na kopalnie złota czy diamentów. I tak samo jest z duszą. Większość tego, co napotykam podczas podróży w głąb samej siebie to brud i muł, cała moja marność, pycha, zazdrość i wszystko to, przez co tak ciężko jest się przekopać. Ale jeżeli wytrwam, jeżeli tylko będę wystarczająco zaciekle kopać to z całą pewnością odkryję także złoża wszelkich kosztowności. Wystarczy je wówczas wymyć, a zajaśnieją blaskiem niespotykanej piękności. Bóg złożył w nas te skarby. W każdym z nas. Najczęściej są one pokryte mułem, ale czyż nie warto zdobyć się na wysiłek, by je odkryć?

Tylko, że to boli. Prawdę o sobie chyba najłatwiej jest odkryć kiedy wszystkie moje mury obronne opadają. Kiedy jestem słaba i wrażliwa i wszystko sprawia mi ból. Gdzie są te słabe miejsca? Co we mnie jest takie trudne i bolesne? Tam gdzie potrzebny jest kilof do ciosania skał, tam najpewniej znajdą się też rudy złota.

Irytuje mnie kultura koncentrowania się na sobie, na moich prawach, na moich możliwościach. Kultura selfie. Nie żebym miała coś przeciwko selfie samemu w sobie, ale tworzenie z tego kultury po prostu mnie mierzi. Ja mam prawo do szczęścia, ja mam prawo do wyboru, ja mam prawo do samorealizacji i te pe.

Może jestem brutalna, ale mam wrażenie, że człowiek, który żyje tymi hasłami tak naprawdę tylko ślizga się po powierzchni życia.

Prawdziwy skarb, prawdziwe szczęście spoczywa w duszy człowieka. Tylko żeby je odkryć potrzeba trochę wysiłku. Potrzeba zmierzyć się z własną słabością, potrzeba wznieść się ponad cierpienie.

Ostatnio przeczytałam kuriozalny artykuł „Jak pięknie pocierpieć. Spór o Matkę Teresę” Katarzyny Wężyk z równie kuriozalnym zdaniem:

„Cierpienie nie uszlachetnia. Zwłaszcza fizyczne, co powinien wiedzieć każdy, kto kiedykolwiek poważnie zachorował lub przykozaczył i wziął borowanie bez znieczulenia. Cierpienie zmienia cię w bezradny kłębek bólu, myślący tylko o tym, żeby to się jak najszybciej skończyło.”

To jasne, że cierpienie samo w sobie nie uszlachetnia. Uszlachetnić mnie może tylko to jak ja przyjmę to cierpienie. Czy dam się cierpieniu zamienić w bezradny kłębęk bólu? Czy ja dam się złamać?

Matka Teresa umiała przyjąć cierpienie – a doświadczała ogromnego cierpienia – z uśmiechem, bo cieszyła się, że może je ofiarować Bogu w intencji ubogich. Ja tego absolutnie nie potrafię. Ale choć nie raz zdarzało mi się doświadczyć bólu – i to zarówno bólu psychicznego jak też fizycznego, czyli chociażby wspomnianego przez panią Wężyk borowania bez znieczulenia, jak też kilku porodów – nie przypominam sobie, żebym z tego powodu zmieniła się w bezradny kłębek bólu.

I w tym momencie przykład porodu wydaje mi się wspaniały. Poród boli i to nawet bardzo. Ale – jak usłyszałam od innej matki przed moim pierwszym porodem – końcówka jest niebiańska.

Mogłabym oczywiście zwinąć się z bólu w trakcie porodu i powiedzieć, że koniec, dość, już nie rodzę. Tylko co wtedy? Co sprawia, że jednak chcę rodzić dalej? I to nie tylko ten jeden raz, ale po wielokroć?

Jest tylko jedna odpowiedź. Miłość. Miłość pcha mnie do przodu i nawet w chwili, gdy boli niemal nie do wytrzymania, to ja jednak przyjmuję ten ból. Nie mogę powiedzieć – stop. I wcale nie chcę tego powiedzieć. Bo kocham i przyjmując ten ból, chcę kochać jeszcze bardziej.

Czy jest cierpienie, którego nie da się w ten sposób znieść? Ja sama tego nie wiem, ja tego nie doświadczyłam. Cierpienie dziecka, choroba, śmierć. Nie potrafię sobie tego nawet wyobrazić. A jednak są świadectwa, że także takie cierpienie może pomnożyć we mnie miłość. Żadna chyba książka – nawet dzieła największych Świętych – nie zrobiła na mnie takiego wrażenia jak „Ślady małych stóp na piasku. Poruszająca opowieść o sile rodzicielskiej miłości” Anne-Dauphine Julliand. Historia choroby i śmierci małej dziewczynki opisana oczami jej matki. Historia cierpienia, które stało się źródłem tryskającym miłością. Dlaczego? Bo zostało przyjęte z miłością. Z miłością do dziecka.

Ale choć nie doświadczyłam takiego cierpienia, to w malutkiej skali czyż nie widać tego nawet w życiu codziennym? Gdy dzieci są zdrowe czyż nie zdarza mi się z nimi kłócić? Wtedy chyba właśnie najczęściej. A kiedy są chore, obolałe, potrzebujące? Wtedy tulę je z miłością i pragnę dać im całą siebie. Swoje nieprzespane noce, swój trud. Nawet mój lęk o ich zdrowie nie ma znaczenia, bo przecież chcę móc je pocieszyć i nie oglądać się na swoje uczucia. Właśnie wtedy kiedy dzieci cierpią, umiem kochać je najbardziej bezwarunkowo. I właśnie wtedy moja miłość się pomnaża.

To oczywiście nie znaczy, że chcę żeby cierpiały. Gotowa jestem zrobić wszystko, żeby im tego oszczędzić. Ale kiedy to cierpienie niezależnie ode mnie na nie przyjdzie, mogę odwrócić się plecami i powiedzieć „Ja nie chcę na to patrzeć.” albo pochylić się z miłością i zatrzoszczyć się o nie.

Rację miał zatem Tischner kiedy w trakcie swej choroby nowotworowej powiedział, że to nie cierpienie uszlachetnia lecz miłość. Miłość uszlachetnia, ale miłość rozwija się najpełniej właśnie wtedy gdy stykam się z cierpieniem. Cierpieniem innych – bo wtedy mogę ofiarować im swoją miłość bezwarunkowo oraz cierpieniem własnym, bo mogę je przyjąć z miłością bądź zmienić się w bezradny kłębek bólu, który zieje złością i żalem do świata.

Bo przecież Miłość przychodzi przez Krzyż.

A co to ma wspólnego z poznawaniem siebie? Właśnie to, że najpełniej poznaję siebie w najtrudniejszych momentach. W tych momentach gdy wybieram czy wewnętrznie przyjmuję czy odrzucam cierpienie. Czy pomimo cierpienia kocham dalej czy grzebię się w mułach żalu.

Jeżeli ślizgam się po powierzchni życia w kulturze samorealizacji to nigdy nie poznam samej siebie w obliczu cierpienia. Nigdy nie spojrzę w swoją zbolałą twarz. Nigdy nie będę miała okazji dostrzec głębi swoich smutnych oczu. Do tego smutku trzeba się dokopać i to nie jest przyjemne. Czy w tym smutku i bólu będę umiała kochać? Bo jeżeli tak, to właśnie trafiłam na kopalnię diamentów. Bo najpiękniejsza jestem wtedy kiedy kocham, zapierając się samej siebie. Bo wtedy moja dusza błyszczy najwspanialszym blaskiem gdy umiem przebaczać, choć wciąż jest mi przykro. Gdy umiem kochać, choć może wcale nie jestem kochana równie mocno. Gdy umiem kochać nawet tych, którzy zadają mi cierpienie.

I dlatego właśnie podróż w głąb własnej duszy jest jak podróż do wnętrza Ziemi. Jest pracą w trudzie, w bólu, w brudzie własnego grzechu po to, by dokopać się do prawdziwego skarbu. By odkryć własne piękno, złożone w nas przez Boga.

Jest jeszcze coś. Coś o czym marzę. Gdy odkryję te złoża szlachetnych metali i kamieni, mogę je wszystkie wydobyć na powierzchnię i się nimi rozkoszować.

Albo mogę kopać dalej.

I ja właśnie o tym marzę. Marzę o tym, żeby móc kopać dalej i pewnego dnia dokopać się do samego wnętrza – jądra – Ziemi. Do jądra mojej duszy. Do tego miejsca w moim sercu gdzie mieszka Bóg. Tam właśnie chcę Go spotkać. Żeby tam dotrzeć trzeba spłonąć – bo jądro jest zbyt gorące, żeby móc w Nim przeżyć. Bo to Jądro jest płynnym ogniem. Jest czystą, nieskażoną Miłością. Tam już nie ma miejsca na muł i brud, tam nie ma miejsca na kamienie ani nawet na diamenty. Z tego Jądra jest Życie mojej duszy. Do tego Jądra pragnę dotrzeć i w Nim pragnę spłonąć.

3 uwagi do wpisu “Podróż do wnętrza duszy.

  1. Cześć. Przeczytałem Twój wpis i uważam, że to co napisałaś jest bardzo głębokie i piękne.

    Właśnie szukam materiałów do historii fantasy o podróży do wnętrza duszy i to co napisałaś było inspirujące także i w tym wymiarze.

    I mimo iż jest to tylko moje zdanie ( niczego nie zamierzam wymuszać ) nie wierzę by cierpienie było nam potrzebne by kochać. Widzisz, ja nie wierzę w tę sado-masochistyczną część Bożej miłości wedle której Bóg okazuje nam swoją miłość dając nam coś co nas krzywdzi – po prostu chcę wierzyć, że i On nie daje nam czegoś co by i Jego raniło – ale to tylko moje zdanie.

    Mimo wszystko dzięki za inspirację!

    Z poważaniem Black Fox

    Polubienie

    • Cześć,
      Dziękuję za Twój komentarz i za to, że szczerze dzielisz się swoim zdaniem. Ja mam poczucie, że choć cierpienie samo w sobie rzeczywiście nie jest potrzebne by kochać, to w sytuacji grzechu, w której człowiek sam w sobie nie jest zdolny do czystej miłości, to cierpienie jest potrzebne by oczyścić naszą ludzką, skażoną grzechem miłość.
      Pozdrawiam 🙂

      Polubienie

      • Witaj ponownie!

        Cóż, mówisz o bólu oczyszczającym duszę. Tu się zgadzam z Tobą…. Ale czy żal powinno porównywać się do bólu… ? Dobre pytanie, nie?

        Jednak sama idea żalu jest ciekawa. Zły człowiek który postanawia stać się kimś dobrym nie zrobi tego bez żalu. Takie jest przynajmniej moje zdanie. Czasami ciekawi mnie też przyczyna bycia złym. Zło wydaje się być swego rodzaju chorobą ducha – to przykre, że wielu z nas na nią cierpi. I tak, wiem co powiesz. Miłość jest jedynym lekarstwem i na to. Kiedyś spotkałem się ze sloganem „Miłość jest pięknem duszy” – i to wydało mi się także być czymś głębokim.

        W sumie cały czas rozmyślam nad swoją historią i jeśli mogę prosić, to czy nie zechciałabyś podzielić się źródłami swoich przemyśleń? Uważam, że i one mogą być głębokie niczym Rów Mariacki więc i ja z chęcią w nich się, że tak powiem zanurzę. Bardzo o to proszę ^U^

        Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s