O modlitwie na opak.

Ze dwa, trzy miesiące temu czytałam wywiad z jakimś dominikaninem (niestety nie pamiętam dokładnie z kim), w którym ojciec w dość zaskakujący sposób ujął czym jest modlitwa.

Otóż według niego modlitwa jest stratą.

Przyznam, że nigdy wcześniej nie przeczytałam tak zwięzłego i równocześnie tak totalnego opisu modlitwy. Bo dla mnie właśnie tym jest modlitwa. Jest stratą. I co może bardziej jeszcze szokujące: jest stratą czasu. I powinna nią być.

A dlaczego? Bo tylko wtedy kiedy kogoś naprawdę kochamy, jesteśmy zdolni tracić dla niego czas. Nie będziemy tracić czasu dla ludzi nam obojętnych. Nie będziemy go tracić dla wrogów. Nawet dla kogoś kogo lubimy, niekoniecznie jesteśmy tak bardzo skłonni tracić czas. W każdym razie, ja doświadczam tego na sobie. Ciągle jestem zajęta. Dom, dzieci, najróżniejsze zajęcia i tak mało czasu mi zostaje by się z kimkolwiek spotkać. Czasem już wolę po prostu sama odpocząć. Tylko jeżeli kogoś naprawdę kocham, to poświęcę mu swój – jakże cenny! – czas. I dlatego modlitwa jest stratą czasu, i właśnie powinna nią być! Bo skoro gotowa jestem tracić dla Boga czas, to znaczy, że Go kocham.

Zwłaszcza, że w większości wypadków modlitwa nie przynosi z sobą natychmiastowych uniesień. Im więcej się modlę, tym częściej oczywiście przychodzą te momenty, gdy cała zatapiam się w Bogu i nie istnieje już nic poza Nim. Nie potrzebuję już wtedy słów, bo – tak jak w każdej, także ludzkiej, miłości – wystarczy owo miłosne bycie razem z Bogiem.

To zresztą ciekawe odkrycie (choć pewnie teologowie wcześniej już do tego doszli, niemniej na moją miarę jest to odkrycie): św. Jan Paweł II porównywał rodzinę, a właściwie małżeństwo, do Trójcy Świętej, tłumacząc jak z wielości osób staje się jedność, z której rodzi się życie (czyli analogicznie jak z jedności Ojca i Syna wypływa Miłość-Duch Święty), a ja odkryłam, że dla mnie modlitwa jest z kolei trochę jak zjednoczenie w małżeństwie. Jest właśnie miłosnym byciem razem z Bogiem, kiedy wystarczy, że ja jestem dla Niego, a On dla mnie i nie potrzeba już słów. To są piękne i cudowne chwile. A jednak przecież tak rzadko się zdarzają. Dużo więcej jest tych chwil, kiedy po prostu tracę czas. Tyle innych rzeczy mogłabym zrobić, wstawić pranie, posprzątać w kuchni etc. A jednak siedzę w milczeniu i po prostu czekam, aż Ty Panie zwrócisz na mnie swoje spojrzenie i znów po prostu będziemy razem. Już nie chcę więcej słów, wystarczy mi w milczeniu czekać na Ciebie. Ale najczęściej czekam na próżno. Jednak wcale się nie skarżę. Wiem, że w miłości trzeba być cierpliwym, więc ja czekam, wierząc – wiedząc, że nadejdzie czas gdy oddasz mi się Panie już na wieczność i wtedy już zawsze będziemy razem. I ta wiara sprawia, że to tracenie czasu jest takie słodkie. Nie żałuję ani jednej chwili, którą dla Ciebie straciłam. Coś jest takiego w naturze miłości, że zawsze każe na siebie czekać. Więc ja czekam. Trwam na modlitwie i czekam aż nadejdzie już Pan Młody. Marana tha, Panie Jezu.

Jedna uwaga do wpisu “O modlitwie na opak.

  1. Pingback: Radość Obecności | TU I TERAZ

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s