Światło

Czasem – kiedy doświadczam szczególnie intensywnie Bożej łaski – zdarza mi się chodzić, żyć, myśleć w świetle, które umiem określić tylko jako światło miłości, która oświeca wszystko, prowadzi mnie, jest ze mną w każdej chwili i podpowiada co czynić, by prawdziwie kochać. Wszystko co wtedy robię poddane jest jakby temu światłu. Nie umiem się od niego odwrócić i powiedzieć: koniec, teraz chcę już zająć się sama sobą. To światło determinuje wszystko co robię, przez nie we wszystkim staram się – właściwie muszę się starać – okazać miłość.

Jednak, choć brzmi to pięknie i wspaniale, jest to zarazem bardzo przejmujące i trudne doświadczenie. Piękne, O TAK. Ale trudne do zniesienia. Dlaczego? Bo to światło spala. Nie da się go zgasić i odpocząć. Ono JEST i wypala we mnie wszystko co zaciemnia jego drogę. Życie w tym świetle jest stokroć bardziej intensywne. Każdą chwilę przeżywać z tak niezwykłą intensywnością, że zdaje się ona trwać o wiele dłużej niż zwykle. Każdy mój gest jest poddany spalającemu działaniu tego światła. A to boli. Bo najczęściej miłość – okazanie miłości – dużo kosztuje. Wymaga starań, zachodu, trudu. Każda chwila w takim świetle jest zmaganiem pomiędzy moim własnym egoizmem a pragnieniem obdarowania innych miłością. Nie mam słów by wyrazić jak bardzo to jest trudne. Z wielkim podziwem patrzę w duchu na ludzi, którym często akty miłości przychodzą z taką łatwością, są dla nich wręcz naturalne. Ja nie umiem kochać. Nawet własnych dzieci nie umiem kochać sama z siebie. Tylko moc tego światła daje mi siłę do kochania. Ale za to przychodzi mi to z trudem. Każdy taki akt miłości to dla mnie jednocześnie akt wyrzeczenia się czegoś z siebie.

Takie okresy nasilonej światłości, intensywnej łaski nie trwają zbyt długo. Kilka dni. Tydzień, może dwa. Za każdym razem przeżywam ogromny smutek, że Pan odszedł ode mnie. Że światłość przygasa, a ja znów jestem tą dawną sobą. Może ciut lepszą niż wcześniej, ale dalej nędzną i grzeszną, nie umiejącą kochać.

Teraz jednak częściej godzę się na to pożegnanie. Wiem, że łaska Pana znów do mnie wróci. A ta światłość musiała przygasnąć, bo by mnie całą wypaliła doszczętnie. Jan od Krzyża miał rację: człowiek nie jest w stanie znieść zbyt intensywnej Bożej światłości, bo straciłby życie.

A ja czuję, że znów się oddaliłeś, mój Panie. Smutno mi, ale wierzę, że znów któregoś dnia Twa światłość otuli mnie swym płaszczem. I znów każda chwila, każdy oddech stanie się cierpieniem. Umieraniem dla siebie.

Jednak jak słodko jest cierpieć w światłości. Chcę umrzeć. Chcę żyć już tylko dla Ciebie. Chcę by Twe światło wyniszczyło mnie do końca, bym już nie ja żyła, ale byś Ty żył we mnie. Marana tha.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s